Strażnik nie schodzi z siodła
Dziś Włodzimierz „Wowa” Brodecki mieszka w Krakowie. Jest już na emeryturze, choć pracował jeszcze przez dziesięć lat po tym, jak mógł przejść na zasłużony odpoczynek. Pozostał związany z Teatrem Ludowym jako jego honorowy artysta, ale jego nazwisko kojarzy się również z działalnością na rzecz zachowania pamięci o polskich żołnierzach i Kresach. Wciąż, z niebywałą sprawnością młodego człowieka, siada w siodle. Pełni również funkcję prezesa krakowskiego środowiska żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji AK. To szczególna rola, bo pokolenie bezpośrednich świadków wojny niemal całkowicie już odeszło.
Brodecki wie, że wraz z nimi odchodzi bezpośrednia pamięć - pamięć nie z książek i archiwów, lecz z domów, rozmów, rodzinnych fotografii i osobistych wspomnień.
- Wszyscy prawdziwi żołnierze tamtych dni już odeszli. Poumierali. Zostaliśmy my - ich synowie, córki i wnukowie. I właśnie dlatego spoczywa na nas ogromna odpowiedzialność. Możemy powiedzieć: to było dawno, to już przeszłość. Ale wtedy razem z ludźmi odchodzą historie, których nikt później nie będzie potrafił odtworzyć w taki sam sposób. Naszym świętym obowiązkiem jest kontynuowanie tej wiedzy. Musimy pielęgnować pamięć o rzezi wołyńskiej, o polskich losach na Kresach, o żołnierzach, którzy walczyli i ginęli, a później przez lata nie mogli nawet swobodnie opowiadać o własnej przeszłości. To nie jest dla mnie kwestia zemsty ani rozdrapywania ran. Pamięć nie może oznaczać nienawiści. Ale bez pamięci nie ma prawdy, a bez prawdy nie ma uczciwego pojednania - podkreśla.
Kiedy pojawia się na uroczystościach patriotycznych we Wrocławiu, Warszawie czy innych miastach, jego sylwetka natychmiast przyciąga uwagę. Nienaganny mundur. Wyprostowana postawa. Dumnie uniesiona głowa. I koń, który dla niego od dawna jest czymś więcej niż zwierzęciem. Jest częścią języka, którym opowiada historię.
W jego obecności przeszłość nie wygląda jak zakurzony rozdział podręcznika. Ma twarz konkretnego człowieka, głos świadka i rytm kopyt.
„Wowa” Brodecki przez dziesięciolecia przemierzał drogi, którymi wcześniej szli i jechali polscy żołnierze. Z czasem jego własne ślady zaczęły nakładać się na ich ślady.
Jego życie przypomina więc długi rajd przez XX i XXI wiek. Od Wołynia do Krakowa. Od rodzinnego domu do teatralnej sceny. Od Bugu do Wału Pomorskiego. Od Sandau nad Łabą po Monte Cassino. A wszystko zaczęło się od koni.
Tych samych, które w lutym 1944 roku ciągnęły sanie po lodzie Bugu, gdy wokół płonęły polskie osady. Dwuletni „Wowa” nie wiedział wtedy, dokąd jedzie. Nie wiedział również, że pewnego dnia sam stanie się częścią opowieści, którą będzie przekazywał następnym pokoleniom.
Ale już wtedy, w środku płonącego Wołynia, patrzył na końskie grzywy. I być może właśnie tam, zrodziło się w jego wnętrzu coś, co po dziś dzień stanowi siłę i sens jego życia.
Czytaj także:


Napisz komentarz
Komentarze