Podczas spektaklu w Teatrze Ziemi Chełmskiej młody „Wowa” zaczął dokazywać na widowni. Reżyser Robert Rogowski zamiast wyrzucić go z sali, podszedł do niego, chwycił za ramię i wyciągnął na scenę.
- To, co mogło skończyć się karą, stało się początkiem zupełnie nowego rozdziału mojego życia - uśmiecha się w charakterystyczny dla siebie sposób Brodecki.
Scena okazała się miejscem, w którym jego bunt znalazł właściwy kierunek. Niezależność, temperament, odwaga i umiejętność przyciągania uwagi publiczności, które wcześniej bywały dla niego problemem, w teatrze stały się atutami. „Wowa” odkrył, że można nie tylko opowiadać historię, ale również wcielać się w ludzi, którzy ją tworzyli. Przez pięć lat z powodzeniem kierował domem kultury w Wołkowianach. Zdobywał nagrody państwowe, rozwijał działalność artystyczną i coraz mocniej wiązał swoje życie ze sceną. Nie oznaczało to jednak, że porzucił swoją niezależność.
Kiedy znany już wówczas reżyser Ryszard Filipski próbował sprowadzić go do krakowskiego Teatru Ludowego, „Wowa” odmówił. Powodem było zaangażowanie Filipskiego w komunistyczny system i przekonania, które kłóciły się ze światem wartości Brodeckiego.
-Proszę mi wierzyć. Ja bym mu buty czyścił (śmiech). A jeszcze po premierze „Hubala”? Kto by nie chciał pracować z Filipskim? Ale jego zaangażowania nie mogłem zaakceptować. Po prostu nie mogłem - mówi o tamtych realiach pan Włodzimierz.
Ostatecznie przyjął propozycję Henryka Giżyckiego, który także zagrał w „Hubalu”. Na rozmowę kwalifikacyjną do Kielc pojechał autostopem. Kiedy Giżycki objął dyrekcję Teatru Ludowego w Nowej Hucie, Brodecki przeniósł się za nim do Krakowa. Był rok 1980. Teatr stał się dla niego drugim domem.

„Wowa” występował na scenie, grał również w filmach. Już po przemianach ustrojowych pojawił się między innymi w „Liście Schindlera” Stevena Spielberga. W pierwszej scenie musiał bezbłędnie odmówić modlitwę po hebrajsku. Ponieważ język był mu obcy, przygotował sobie wcześniej fonetyczny zapis tekstu. Szczególne znaczenie miały dla niego również występy we Lwowie. Grał tam św. Józefa w „Betlejem polskim”.
Teatr pozwalał mu więc nie tylko występować. Pozwalał podróżować między epokami, miejscami i ludzkimi losami. Ale obok sceny cały czas pozostawały konie. I historia.
Szarża przeciwko wymazanej historii
W 1970 roku narodził się pomysł, który z czasem stał się jednym z najbardziej niezwykłych rozdziałów życia Włodzimierza Brodeckiego: samotne rajdy konne śladami polskich bohaterów. Nie chodziło wyłącznie o sport, przygodę czy zamiłowanie do koni. Chodziło o pamięć.
Brodecki chciał odnaleźć ślady wojennej drogi swojego ojca i ludzi, z którymi dzielił wojenne trudy. Kiedy próbował znaleźć informacje w oficjalnych publikacjach, natrafił na mur przemilczeń.
- Szukałem wtedy materiałów o szlaku bojowym mojego ojca. Chciałem wiedzieć, gdzie dokładnie walczył, którędy przechodził, gdzie byli ludzie, których znał. Sięgnąłem do oficjalnej encyklopedii wojskowej i przeżyłem szok. Nie było tam ani jednego słowa o 1. Samodzielnej Brygadzie Kawalerii. Nie było informacji o jej szlaku bojowym, o wielkiej szarży pod Borujskiem ani o zaślubinach z morzem w Mrzeżynie. Dla mnie było to coś niewyobrażalnego. Przecież mój ojciec naprawdę tam był. Ci ludzie naprawdę walczyli. Ich mundury, odznaczenia i wspomnienia były w naszym domu. A jednocześnie oficjalna historia zachowywała się tak, jakby tej części ich życia nie było. Wiedziałem, skąd brało się to przemilczenie. Przedwojenny kawalerzysta kojarzył się z II Rzecząpospolitą i sanacją. Dlatego całe środowisko zostało na lata odsunięte na margines - odtwarza w pamięci tamte, niełatwe przecież lata.
W końcu natrafił na czasopismo «Koń Polski» i artykuł generała Ksawerego Florianowicza, ostatniego dowódcy brygady.
- To był dla mnie przełom. Rozłożyłem na stole odznaczenia ojca i zacząłem odtwarzać mapę jego wojennej drogi. Pomyślałem wtedy, że skoro nie mogę tej historii znaleźć w oficjalnych książkach, muszę pojechać i zobaczyć ją sam. Przejechać te miejsca. Dotknąć tej ziemi. Spotkać ludzi, którzy jeszcze pamiętają. I tak zaczęły się moje słynne już dzisiaj rajdy - relacjonuje.
Jednym z najważniejszych spotkań było spotkanie z Michałem Antochowem spod Trzebiatowa, weteranem brygady. Stary ułan przyjął Brodeckiego jak syna. Przez trzy dni obaj przemierzali konno Wał Pomorski. Antochow wskazywał miejsca dawnych walk, opowiadał o żołnierzach i wydarzeniach, które dla młodszego pokolenia mogły istnieć już tylko na mapie. Dla Brodeckiego mapa przestała być jednak płaskim kawałkiem papieru. Stała się przestrzenią pamięci.

Od tamtej pory, mniej więcej co pięć lat, wyruszał na kolejne samotne rajdy. Przemierzał setki i tysiące kilometrów, prowadząc własny dialog z historią. Jechał śladami polskich żołnierzy, przekraczał rzeki, odwiedzał miejsca bitew i docierał do ludzi, którzy pamiętali wydarzenia sprzed dziesięcioleci. Jednym z najbardziej spektakularnych przedsięwzięć był rajd na Monte Cassino w 1984 roku.
Brodecki wyruszył tam konno w mundurze filmowego majora Hubala - tym samym, w którym zagrał wcześniej Filipski. W tym obrazie było coś symbolicznego: aktor, który na co dzień wcielał się w role, tym razem zakładał mundur nie po to, by zagrać kolejną postać, lecz żeby przypomnieć rzeczywistą historię polskiego żołnierza. Sam rajd stał się czymś więcej niż sportowym wyczynem. Był manifestem pamięci. Generał Florianowicz miał później powiedzieć do Brodeckiego
- Kolego, więcej zrobiłeś tym jednym rajdem niż my przez 25 lat walki z cenzurą - przywołuje Brodecki.
Te słowa dobrze oddają sens jego przedsięwzięcia Brodeckiego. W czasach, gdy oficjalna polityka historyczna wyznaczała granice tego, co można było mówić, on znalazł własny sposób opowiadania o przeszłości. Nie pisał petycji. Nie wygłaszał wyłącznie przemówień. Wsiadał na konia i jechał.
Sandau - pamięć, która przetrwała granice
Jedna z najbardziej niezwykłych historii wydarzyła się podczas wyprawy do niemieckiego Sandau nad Łabą. To właśnie tam kończył się wojenny szlak 1. Samodzielnej Brygady Kawalerii. Brodecki zainteresował się miejscowym pomnikiem polskiego żołnierza. Zastanawiał się, dlaczego przetrwał on zmiany polityczne i burzenie wielu innych pomników. Odpowiedź znalazł w miejskich kronikach.
- Moja żona zapytała panią mer Sandau, jak to możliwe, że w czasach, kiedy po upadku muru berlińskiego likwidowano wiele pomników sowieckich i polskich, ten jeden pozostał nienaruszony. Pani mer wyciągnęła kroniki miejskie. Znalazły się tam moje wpisy i zdjęcia z lat siedemdziesiątych. Kiedy to zobaczyłem, popłynęły mi łzy. Nagle okazało się, że te wszystkie lata, kiedy przyjeżdżałem tam konno, zostawiły po sobie ślad. Pani mer wyjaśniła nam, że kiedy w 1945 roku do miasteczka weszli Polacy, nie dopuścili do wkroczenia Sowietów. Polscy żołnierze mieli chronić niemieckie kobiety przed gwałtami i nie pozwolili na grabież miasta - relacjonuje samotny jeździec.
Dla mieszkańców Sandau nie była to więc historia z podręcznika. Było to wspomnienie o konkretnych ludziach, którzy w najtrudniejszym momencie zachowali się wobec nich przyzwoicie.
To właśnie dlatego Niemcy sami wznieśli pomnik polskiego żołnierza. I dlatego przez kolejne dziesięciolecia o niego dbali.
- Dla mnie było to ogromne przeżycie. Zrozumiałem wtedy, że pamięć nie zawsze zna granice. Czasami człowiek jedzie setki kilometrów, żeby odnaleźć własną historię, a na miejscu odkrywa, że ktoś po drugiej stronie granicy pamięta ją równie mocno - mówi, wyraźnie wzruszony, pan Włodzimierz.
Dalsza część artykułu na kolejnej stronie:


Napisz komentarz
Komentarze