- Dokładnie pierwszego lutego przybiegła do nas Luba, Ukrainka, przyjaciółka mojej mamy. Krzyczała od progu: «Róża, zabieraj dzieci i uciekaj za Bug! Idą na osadę!». Nie mieliśmy wozu ani czasu, żeby cokolwiek ze sobą zabrać. Liczyło się tylko jedno: wyjechać, zanim będzie za późno. Teść Luby, który był Polakiem, przyjechał po nas saniami. Ruszyliśmy w nieznane, praktycznie bez przygotowania. Mama opowiadała później, że Bug był wtedy skuty lodem. Brzegi były bardzo strome i kręte, dlatego nie mogliśmy jechać zwykłą drogą. Trzeba było uciekać samym korytem rzeki, po lodowej tafli - wspomina Brodecki.
Przez około cztery kilometry uciekinierzy jechali przez zamarznięty Bug, a wokół nich rozsypywał się świat, który tak dobrze znali i kochali. Na horyzoncie widać było płonące polskie osady. Dorośli płakali i modlili się, bo wiedzieli, że za chwilę mogą stracić wszystko. Nie wiedzieli, co będzie za godzinę, za dzień, za tydzień.
- A ja miałem dwa lata. Dla mnie najważniejsze były konie. Patrzyłem na ich grzywy, na ruch sań, na zwierzęta ciągnące nas przez lód i po prostu się śmiałem. Nie rozumiałem jeszcze, że jedziemy przez środek tragedii. Mój czteroletni brat był dużo bardziej świadomy tego, co tak naprawdę się dzieje. Rodzice uczyli go na szybko modlitwy po ukraińsku, żeby w razie kontroli mógł udawać ukraińskie dziecko. Dla mnie to była świetna przejażdżka, a chodziło przecież o życie - mówi wpatrzony w dal „Wowa”.
Stanisław Brodecki wrócił do rodziny dopiero po przejściu własnego, wojennego szlaku. Po rozbrojeniu 27. Wołyńskiej Dywizji AK został wcielony do 1. Samodzielnej Brygady Kawalerii - armii tych, którzy, jak to się czasami określa, „nie zdążyli do Andersa”. Przeszedł z nią kolejne etapy walk, przez Wał Pomorski aż do Sandau nad Łabą. Po wojnie rodzina Brodeckich przeniosła się do Chełma. Stanisław został kwatermistrzem szpitala wojskowego. Wojna formalnie się skończyła, ale w domu sanacyjnego oficera żył wciąż świat sprzed 1939 roku.
10 sierpnia realizowana była pierwsza część zdjęć do filmu opowiadającego o słynnym Chełmianinie - Włodzimierzu "Wowie" Brodeckim. Zdjęcia kręcono na tzw. polanie hubertusowej w Janowie. Brali w tym udział członkowie Chełmskiego Stowarzyszenia Koni i Kawalerii Polskiej. Towarzyszyliśmy kamerze. |
Dziecko wojny szuka własnej sceny
W powojennej Polsce pamięć o wielu wydarzeniach musiała być przechowywana w zaciszu domowego ogniska. O losach Kresów, o sowieckich represjach, o Katyniu czy o tragedii Wołynia nie można było mówić oficjalnie tak, jak mówiono przy stole. Brodeckim pozostały liczne traumy, wspomnienia i prywatna determinacja, by to, co najważniejsze, nigdy nie umarło.
Róża Brodecka dożyła stu lat, ale wojna nie przestała do niej wracać.
- Mama do końca swoich dni budziła się w nocy z krzykiem. Wydawało jej się, że znowu mordują ludzi, że wraca tamten czas. Człowiek może uciec z miejsca, może przekroczyć granicę, może zmienić mieszkanie, miasto i całe życie, ale pewnych obrazów nie da się zostawić za sobą. Myśmy w domu żyli tą pamięcią. Wiedzieliśmy, co wydarzyło się naprawdę, choć w szkole nie można było o tym mówić. Rodzice codziennie po kryjomu nastawiali radio, żeby słuchać Radia Wolna Europa. O Katyniu wiedzieliśmy wszystko, choć oficjalnie ta prawda nie mogła istnieć - wspomina pan Włodzimierz.
Z jednej strony próbował nauczyć się nowego świata, ale z drugiej strony wiedział doskonale, że nie ucieknie od pamięci i historii - właśnie tej, która stanowiła tak ważny dla jego rodziny, choć bolesny, obszar.
- Człowiek od dziecka uczył się więc, że pamięć czasami trzeba chronić tak samo jak człowieka - mówi z namysłem.
Młody Wowa nie należał jednak do tych, którzy łatwo podporządkowują się regułom. Był chłopakiem krnąbrnym, niezależnym i skłonnym do buntu. Z technikum chmielarskiego w Krasnymstawie musiał odejść, kiedy wraz z kolegami wszedł w posiadanie broni. Nie zagrzał długo miejsca również w technikum w Okszowie. Dopiero szkoła pszczelarska w Pszczelej Woli przyniosła mu dyplom. Prawdziwy przełom przyszedł jednak nie w szkole, lecz w teatrze.

Dalsza część artykułu na kolejnej stronie:


Napisz komentarz
Komentarze