Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama baner reklamowy
Reklama
Możemy być z nich dumni!

„Jesteście naszymi bohaterami”. Tak strażacy i druhowie z powiatu chełmskiego ratowali Puszczę Solską

Kiedy do opinii publicznej zaczęły napływać pierwsze niepokojące komunikaty z terenu powiatu biłgorajskiego, a na ekranach telewizorów pojawiły się spowite gęstymi kłębami dymu korony drzew, wiedzieli, że mogą być potrzebni. Bez zbędnych słów pożegnali się ze swoimi bliskimi, spakowali potrzebny sprzęt i udali w drogę w nieznane. Nie wiedzieli, co będzie. Każdy z nich miał jednak świadomość tego, że nie mogą cofnąć się ani o krok, bo za swoimi plecami mają wszystko, co najcenniejsze – życie.
Kiedy do opinii publicznej zaczęły napływać pierwsze niepokojące komunikaty z terenu powiatu biłgorajskiego, a na ekranach telewizorów pojawiły się spowite gęstymi kłębami dymu korony drzew, wiedzieli, że mogą być potrzebni. Bez zbędnych słów pożegnali się ze swoimi bliskimi.
Dzisiaj szacuje się, że pożar pochłonął ok. 1000 ha lasów - zarówno tych pozostających pod opieką Lasów Państwowych, jak i prywatnych parceli. Każdy z zastępów zagrożenie zwalczał średnio przez 33 godziny - po tym czasie następowała wymiana ekip.

Źródło: OSP KSRG Żmudź

Wspomnienie, które pozostanie na zawsze

Ten czas z wtorku 5 maja na środę 6 maja pamięta doskonale Daniel Olszewski – naczelnik jednostki OSP, która na co dzień funkcjonuje w Żmudzi. Działają w ramach Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego, co oznacza, że na barkach druhów spoczywa większa odpowiedzialność. Jeśli zajdzie potrzeba, muszą stanąć w pierwszej linii obrony przed zagrożeniem.

- Szczerze powiedziawszy, przeczuwałem już, że możemy udać się w drogę do Józefowa. Mobilizacja trwała dosyć krótko, a tuż przed wyjazdem spotkaliśmy się na ostatniej odprawie w Komendzie Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Chełmie. Kiedy dotarliśmy już na miejsce, zostaliśmy skierowani bezpośrednio na jedną z ulic Józefowa, aby zorganizować jej zabezpieczenie. Zadymienie miasteczka było ogromne. Bezpośrednio zagrożona była wówczas część budynków. Płomienie pojawiły się w odległości ok. 200 m od domów. To nowe osiedle domów zabezpieczały plutony chełmski i łęczyński. Działania utrudniał zmieniający się wiatr. W tym punkcie pracowaliśmy praktycznie do rana, czyli do czwartku, 7 maja – wyjaśnia naczelnik jednostki.

fot. OSP KSRG Żmudź

Poranek okazał się dla nich nieco bardziej łaskawy. Aura, która wcześniej dawała się mocno we znaki, unormowała, się, a druhowie ze Żmudzi zostali skierowani w stronę lasu, aby pomóc swoim kolegom w opanowaniu sytuacji i dogaszeniu tlących się jeszcze zarzewi.

- Akcja była trudna, ponieważ pracowaliśmy na ogromnej przestrzeni. Zaangażowano naprawdę wiele jednostek. W terenie, poza naszą macierzystą jednostką, pozostawaliśmy nieprzerwanie przez 33 godziny. Wieczorem, w czwartek, otrzymaliśmy już informację, że możemy wracać do domu – wspomina Olszewski.

Podobnego zagrożenia nie widziano nie tylko na Lubelszczyźnie, ale i w całej Polsce, już dawno. I, co oczywiste, nie zabrakło też logistycznych wyzwań, z jakimi należało się uporać.

fot. OSP KSRG Żmudź

- Nasze linie wodne rozkładaliśmy na setki metrów, jeśli nie wiele kilometrów, ponieważ musieliśmy dostarczyć wodę do bardzo trudno dostępnych miejsc. Nie dało się do nich dojechać. Każdy z nas nosił na sobie pełne oporządzenie, a temperatury na zewnątrz były dosyć wysokie. I proszę nie wierzyć doniesieniom, według których nie mieliśmy żadnego wsparcia. Spotkaliśmy z niezwykłą otwartością ludności cywilnej. Akcja była bardzo dobrze skoordynowana, naprawdę niczego nam nie brakowało. Otrzymaliśmy od mieszkańców mnóstwo serca i dobrych słów. Jedna z mieszkanek stwierdziła, że nie była w stanie zasnąć przez trzy noce, ale kiedy pojawiliśmy się, poczuła się bezpieczna. Niejednokrotnie usłyszeliśmy, że jesteśmy bohaterami. Czy potrzeba czegoś więcej? - stwierdza doświadczony druh.

Nie mogli zawieść

Podobne doświadczenia wynieśli z biłgorajskiej akcji ochotnicy z gminy Ruda-Huta. Oni w pełnej gotowości do wyjazdu pozostawali od godziny 22.00 we wtorek, 5 maja. Decydujący telefon miał miejsce w środę, przed godziną 15.00. Na zebranie się w swojej jednostce i wyjazd do Chełma, na punkt zbiorczy, otrzymali dosłownie kwadrans.

- Na trasie dołączyli do nas jeszcze koledzy z powiatu krasnostawskiego i taką kolumną ośmiu samochodów udaliśmy się na miejsce. Dotarliśmy chyba ok. 18.00. Pierwsze wrażenie, jakie mieliśmy, to czerwono-niebieski krajobraz. Wszędzie stały jakieś wozy z włączonymi światłami. Zadanie, jakie otrzymaliśmy, to ochrona Józefowa. Zagrożona była jedna z ulic i należało utworzyć linię obrony. Zagrożenie udało się jednak zażegnać. Pracowaliśmy w warunkach ogromnego zadymienia. Zmieniał się stale kierunek wiatru. Następnego dnia udaliśmy się już na dogaszanie pobliskiego lasu – wspomina prezes jednostki Dariusz Szalewicz.

fot. OSP KSRG Ruda

W druhach pozostało wspomnienie ciężkiej, mozolnej pracy, która polegała przede wszystkim na polewaniu wszystkiego wodą i przekopywaniu ściółki w ten sposób, aby wyeliminować ryzyko zaprószenia kolejnych płomieni.

- Zadania nie ułatwiał z pewnością fakt, że mieliśmy do czynienia z sosnowym, bardzo żywicznym lasem. Niektóre drzewa przypominały małe wulkany. Jestem jednak bardzo zadowolony z chłopaków. Udaliśmy się naprawdę zgraną, doświadczoną ekipą. Każdy zrealizował swoje zadania najlepiej, jak tylko mógł. Zebraliśmy się na tak wymagający wyjazd w dosłownie kilkanaście minut. Każdy z nas ma przecież swoje życiowe zobowiązania, jakieś sprawy, które zostawia za drzwiami domu. Jestem z mojej jednostki naprawdę bardzo dumny – podkreśla prezes Szalewicz.

fot. OSP KSRG Ruda

Czy na podobne zdarzenia można się w jakikolwiek sposób przygotować? Ochotnik podkreśla, że z perspektywy zwykłego mieszkańca należy po prostu zaufać doświadczeniu strażaków i przede wszystkim nie panikować.

- Najgorszy czynnik, z jakim można się spotkać w podobnych sytuacjach, to chaos i panika. Trzeba pomimo wszystko zachować zimną głowę – zaznacza pan Dariusz.

Odebrali cenną lekcję

Z bagażem cennych wspomnień i z poczuciem odrobienia niezwykle ważnej lekcji życia i służby wrócili do domu także druhowie z Wojsławic.

- Współpracowaliśmy między innymi z kolegami z Warszawy, ale i z pobliskiej Łęcznej. Odcinków bojowych, na których działaliśmy, było naprawdę wiele. Czy coś nas zaskoczyło? Na pewno pracowaliśmy o wiele dłużej niż zazwyczaj. Poza miejscem zamieszkania pozostawaliśmy przez 33 godziny. Sądzę, że w najbliższym czasie sporo uwagi poświęcimy zagadnieniom związanym z łącznością w terenie. Cieszymy się, że na akcję mogliśmy się udać w miarę nowym samochodem, którym pokonaliśmy bezpiecznie wiele kilometrów. Osobiście nie wyobrażam sobie, abyśmy tego rodzaju zadania mieli realizować przy pomocy sprzętu, który mieliśmy jeszcze parę lat temu – zaznacza prezes jednostki z Wojsławic Andrzej Furtak.

fot. OSP KSRG Wojsławice

Dzisiaj druhowie z wielu jednostek ochotniczych działają nieomal tak, jak ich koledzy profesjonaliści z państwowych komend. Stale doskonalą swój warsztat, a magazyn sprzętu uzupełniają o dodatkowe, potrzebne elementy wyposażenia. Mają więc możliwości, aby nieść pomoc na odpowiednim poziomie.

- Ta praca wygląda też zupełnie inaczej, jeśli ma się świadomość tego, jak bardzo otwarta jest ludność cywilna. A my tej otwartości doświadczaliśmy na każdym kroku. Czy to w punkcie poboru wody, czy na stacji benzynowej, gdzie tankowaliśmy nasze samochody. Wszędzie czekały na nas otwarte dłonie pełne żywności i ciepłe słowo. Czuliśmy się mile zaskoczeni – wspomina pan Andrzej.

fot. OSP KSRG Wojsławice

Las zawsze stanowi wyzwanie

Z podobnym zagrożeniem w swojej prawie 30-letniej karierze strażaka nie miał także do czynienia Komendant Miejski Państwowej Straży Pożarnej w Chełmie st. bryg. mgr inż. Wojciech Chudoba. Nie ma też wątpliwości, że praktycznie żaden z obecnych pracowników komendy nie pracował w podobnych warunkach.

- Pożar lasu jest zawsze dosyć skomplikowany i złożony. W naszych okolicach te leśne obszary nie są zbyt rozległe. Tam, w Puszy Solskiej, był głównie drzewostan iglasty i ten czynnik miał bezpośredni wpływ na prędkość rozprzestrzeniania się ognia. Poza tym mieliśmy do czynienia z silnym, porywistym wiatrem i bardzo suchą ściółką. Leśny pożar jest skomplikowany także dlatego, że nie wszędzie można dojechać. Podręczny sprzęt trzeba często osobiście donieść i nierzadko pokonać wiele kilometrów. W tym przypadku niewyobrażalna była też skala – podkreśla szef chełmskich ratowników.

Komendant Chudoba przypomina, że w akcji wzięło udział 22 ochotników z czterech jednostek, które zlokalizowane są w Żmudzi, Wierzbicy, Rudzie i Wojsławicach. Wszystkie te jednostki stanowią część Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego, a w przypadku poważnych zdarzeń powoływane są w ramach Lubelskiej Brygady Odwodowej. Zawodowców z Chełma pojawiło się na miejscu 14.

- Warto z pewnością wspomnieć także o tym, że do naszych działań włączamy też nowinki techniczne, jak drony z kamerami termowizyjnymi. Przy ich pomocy jesteśmy w stanie stwierdzić, gdzie dokładnie występuje jeszcze podwyższona temperatura i gdzie należy wzmóc działania gaśnicze. Skala wsparcia na samym miejscu była ogromna, bo zaangażowanych było ok. 1000 osób z różnych służb. W mojej ocenie ta praca na miejscu przebiegała naprawdę bardzo sprawnie – zaznacza komendant Chudoba.

Czytaj także:

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklamabaner reklamowy
Reklama
Reklama
Reklamabaner reklamowy
Reklamabaner reklamowy
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama