Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama
Noc, ogień i walka o las...

„Nie było czasu na strach”. Tak strażacy z powiatu krasnostawskiego gasili Puszczę Solską

Nie pytali, czy będzie ciężko. Wystarczyła informacja o ogromnym pożarze i potrzeba wsparcia. W ciągu kilkudziesięciu minut spakowali najpotrzebniejsze rzeczy, powiadomili rodziny i pracodawców, po czym ruszyli, by walczyć z żywiołem. Strażacy z powiatu krasnostawskiego też znaleźli się wśród tych, którzy brali udział w działaniach przy pożarze Puszczy Solskiej – jednej z największych akcji gaśniczych ostatnich lat.
„Nie było czasu na strach”. Tak strażacy z powiatu krasnostawskiego gasili Puszczę Solską

Źródło: KSRG OSP Krupe

Dym widoczny z wielu kilometrów, ogień pochłaniający kolejne hektary lasu i nieustanna walka z czasem. Pożar Puszczy Solskiej przez wiele dni był tematem, o którym mówiła cała Polska. W akcję zaangażowano setki strażaków zawodowych i ochotników z różnych części kraju. W działaniach prowadzonych przy pożarze Puszczy Solskiej uczestniczyli również strażacy zawodowi z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Krasnymstawie. Jak podkreśla oficer prasowy krasnostawskiej komendy, mł. bryg. Tomasz Wesołowski, ratownicy wyjeżdżali do akcji w różnych konfiguracjach i składach osobowych, w zależności od aktualnych potrzeb i rozwoju sytuacji na miejscu pożaru.

- Do działań skierowano także druhów z jednostek ochotniczych z terenu powiatu krasnostawskiego. W akcji uczestniczyły jednostki: OSP KSRG Krupe, OSP KSRG Łopiennik Dolny, OSP Fajsławice oraz OSP Siennica Różana. Wsparciem dla działań prowadzonych w trudnym terenie leśnym był również specjalistyczny zespół dronowy z Komendy Powiatowej PSP w Krasnymstawie - wyjaśnia oficer prasowy mł. bryg. Tomasz Wesołowski. 

Warto dodać, że dla wielu strażaków ochotników był to pierwszy wyjazd do działań prowadzonych na tak ogromną skalę. Nie było czasu na długie przygotowania. Jak wspominają strażacy, po otrzymaniu informacji o wyjeździe mieli zaledwie chwilę, by spakować podstawowe rzeczy, poinformować bliskich i ruszyć w drogę. Wiedzieli, że jadą tam, gdzie sytuacja jest poważna, a walka z żywiołem może potrwać bardzo długo... 

Choć dla mieszkańców są bohaterami, oni sami nie chcą mówić o bohaterstwie. Podkreślają, że pomaganie jest częścią strażackiej służby – niezależnie od tego, czy chodzi o ratowanie ludzkiego życia, zwierząt, czy dobytku. Tym razem przyszło im zmierzyć się z żywiołem, który przez długi czas nie pozwalał opanować sytuacji. Niemal tydzień po tych wydarzeniach wracają wspomnienia zmęczenia, trudnych warunków i ogromnej odpowiedzialności. Ale wraca też poczucie, że byli tam, gdzie ich potrzebowano najbardziej.

OSP Krupe – nocna walka z ogniem i kilometrami węży

W środę (6 maja) około godziny 14 rozległ się alarm. Strażacy z OSP KSRG Krupe usłyszeli, że wyjazd będzie natychmiastowy i że nie chodzi o kilkugodzinną interwencję. Trzeba było podjąć szybką decyzję. W akcji udział wzięli: Janusz Kocimski, Piotr Panas, Robert Szuryga, Grzegorz Prus, Dawid Mataczyński oraz Piotr Szewczyk

– Byliśmy poinformowani, że to będzie długi wyjazd. Nie tam i z powrotem, tylko konkretna akcja. Mieliśmy pół godziny, żeby się zebrać i dojechać do komendy w Krasnymstawie – wspomina Piotr Szewczyk z OSP Krupe.

Razem z druhami z Fajsławic, Siennicy Różanej oraz Łopiennika Dolnego utworzyli kompanię, która skierowała się w stronę miejscowości Osuchy, gdzie znajdował się sztab dowodzenia. Po drodze dołączały do nich kolejne jednostki z regionu. Na miejscu strażacy poznali szczegóły działań i przydzielone sektory.

Kiedy dotarli do lasu, było już późne popołudnie. Ogień nie wyglądał już tak jak w pierwszych godzinach pożaru, gdy – jak relacjonowali strażacy obecni wcześniej na miejscu – płomienie przenosiły się koronami sosen. Wysuszone drzewa i silny wiatr sprawiały wtedy, że ogień dosłownie biegł nad ziemią. Strażacy z Krupego trafili do sektora, w którym paliła się przede wszystkim ściółka leśna i gęsta roślinność porastająca las.

– Te wszystkie jagodniska, krzewy były wysokie nawet do kolan i wszystko się paliło. Ogień szedł przez cały dół lasu – opowiada druh.

Początkowo pomagali jednostce z powiatu biłgorajskiego w dogaszaniu zarzewi ognia. Chwilę później otrzymali kolejne polecenie i ruszyli do następnego sektora. Była już noc. Strażacy nie mogli dojechać bezpośrednio pod ogień, dlatego zaczęło się rozwijanie wielokilometrowych linii gaśniczych. Przez las ciągnęły się dziesiątki odcinków węży. Jeden samochód pozostawał na miejscu jako punkt zasilający, a pozostałe bez przerwy kursowały po wodę do specjalnych punktów poboru. Strażacy pracowali praktycznie bez przerwy aż do rana.

–  Gasiliśmy praktycznie nieustannie do rana. Później trzeba było jeszcze zwinąć wszystkie węże. Działania skończyliśmy dopiero około godziny 13 następnego dnia – relacjonuje Piotr Szewczyk.

Najtrudniejsze były warunki panujące nocą. W lesie była niemal całkowita ciemność, a strażacy poruszali się pomiędzy drzewami z liniami gaśniczymi. 

– Kilka razy słyszeliśmy, jak łamią się drzewa. Były już nadpalone i po prostu same się przewracały. To było chyba najbardziej niebezpieczne – przyznaje strażak.

Choć akcja była wyczerpująca, druhowie szczególnie zapamiętali ogromne wsparcie mieszkańców okolicznych miejscowości. Przy punktach poboru wody przez całą dobę czekali ludzie z jedzeniem, napojami i różnymi produktami dla strażaków.

– Naprawdę ogromny szacunek dla tych mieszkańców. Przywozili nam wodę, jedzenie, batony, ciastka. My praktycznie nie schodziliśmy z akcji, więc dowozili nam wszystko busami w głąb lasu – mówi Piotr Szewczyk.

OSP Fajsławice – godziny marszu z ciężkim sprzętem

Podobne wspomnienia z akcji mają także druhowie z OSP Fajsławice. Jak mówi Daniel Janiszek, wyjazd organizowany był w ogromnym pośpiechu. Największym wyzwaniem było zebranie pełnej obsady samochodu, bo alarm rozległ się w środku dnia, gdy wielu druhów było jeszcze w pracy. W akcji udział wzięli: Daniel Janiszek, Dariusz Janiszek, Krzysztof Wójcik, Karol Jagiełło, Karol Szemro, Jakub Suszek. 

– Najgorsze było samo chodzenie. Człowiek szedł góra-dół, po dołach, przez pniaki, cały czas w ciężkich butach i ubraniu. To bardziej męczyło niż samo gaszenie – mówi Janiszek.

Jak relacjonuje strażak, w pewnym momencie długość rozłożonych linii gaśniczych liczona była już w kilometrach. Strażacy z Fajsławic wspominają, że od głównego samochodu do miejsca działań trzeba było iść nawet kilkadziesiąt minut. Gdy kończyła się woda, kolejne samochody bez przerwy kursowały pomiędzy lasem a punktami poboru.

Nocne działania trwały praktycznie bez przerwy. Część strażaków dogaszała ściółkę, inni pilnowali, by ogień nie wrócił na już zabezpieczony teren. Nad ranem sytuacja ponownie zrobiła się niebezpieczna, bo w kilku miejscach pojawiły się kolejne zarzewia.

– Jak wróciliśmy nad ranem, wydawało się, że jest już spokojnie, ale za chwilę znowu zaczęło się palić. W lesie cały czas trzeba było tego pilnować – relacjonuje druh z OSP Fajsławice.

Strażacy podkreślają również ogromne wsparcie mieszkańców i wolontariuszy, którzy przez całą dobę dostarczali ratownikom jedzenie, napoje i najpotrzebniejsze rzeczy.

– Nie mieliśmy nawet czasu nic ze sobą zabrać. A tam było wszystko – kanapki, kawa, ciepłe jedzenie, napoje. To naprawdę robiło ogromne wrażenie. Serdecznie dziękuję też w imieniu całej załogi za współpracę z jednostkami z powiatu i dowódcom z PSP Krasnystaw – dodaje Daniel Janiszek.

OSP Siennica Różana: „Robiliśmy to, co do nas należało”

W akcji na roztoczu udział wzięli z OSP Siennica Różana strażacy: Grzegorz Zaworski, Tomasz Dzik, Mirosław Skrzypa, Piotr Górny, Marek Żyłowski, Wojciech Janicki

Strażacy przyznają, że zanim jeszcze dostali oficjalne wezwanie, przeczuwali, że może nadejść taki moment. Do Puszczy Solskiej kierowano wówczas kolejne siły z różnych regionów Polski, a sytuacja z godziny na godzinę robiła się coraz poważniejsza.

– Już wcześniej człowiek miał z tyłu głowy, że możemy zostać zadysponowani. Skoro jechali strażacy z Rzeszowa czy Krakowa, to wiedzieliśmy, że skala pożaru jest naprawdę ogromna – dodaje druh. - I nie było ważne, czy pożar jest u nas, czy nie u nas. Jesteśmy zadysponowani do akcji i po prostu robimy wszystko najlepiej, jak potrafimy – podkreśla Grzegorz Zaworski.

– Ja jako kierowca cały czas dowoziłem wodę do tej zbudowanej linii gaśniczej. Były przygotowane punkty w lesie – przy rzece, przy zbiornikach albo przy dużych cysternach. Tam napełnialiśmy samochody i jechaliśmy z powrotem w głąb lasu – opowiada druh Grzegorz Zaworski. 

Strażacy pracowali praktycznie bez przerwy. Jeden samochód pozostawał podłączony do głównej linii gaśniczej, a kolejne kursowały po wodę. Wszystko po to, by ogień nie przedostał się dalej i nie pojawiały się nowe zarzewia. Strażak przyznaje, że choć praca w ciemności była trudna i wyczerpująca, paradoksalnie łatwiej było zauważyć miejsca, w których ogień ponownie się pojawiał.

–  W dzień człowiek widział głównie dym, a sam ogień był często ukryty – mówi strażak.

Dla druhów z Siennicy Różanej był to pierwszy pożar lasu prowadzony na tak ogromną skalę. Wcześniej zdarzały się akcje przy pożarach traw czy mniejszych fragmentach lasów, jednak tutaj sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Kilometry rozwiniętych węży, setki strażaków i działania prowadzone przez całą dobę robiły ogromne wrażenie. 

OSP Łopiennik Dolny: każdy wiedział, co ma robić

Gdy w jednym miejscu sytuację udało się opanować, kierowano ich tam, gdzie pojawiały się nowe zagrożenia. Jak relacjonuje dowódca OSP KSRG Łopiennik Dolny Marcin Zieńkowski, strażacy działali w dwóch różnych miejscach pożaru. W pierwszym sektorze ogień obejmował głównie ściółkę leśną i podszycie. Strażacy rozwinęli linie gaśnicze bezpośrednio od samochodu, do którego nieustannie dowożono wodę.

– Nasz samochód cały czas zasilał linię główną. Rozwijaliśmy węże i gasiliśmy podszycie lasu razem z jednostkami z powiatu krasnostawskiego – opowiada dowódca OSP Łopiennik Dolny.

Po opanowaniu pierwszego odcinka druhowie zostali skierowani do kolejnego miejsca działań. Tam sytuacja była jeszcze bardziej wymagająca. Strażacy z powiatu krasnostawskiego ponownie pracowali na samym froncie pożaru, a do akcji dołączyły dodatkowe siły, w tym moduł GFFF wspierający działania gaśnicze w trudnym terenie leśnym.

W drugim sektorze liczba ratowników była już znacznie większa. Mimo ogromnej liczby ludzi i dynamicznie zmieniającej się sytuacji akcja przebiegała bardzo sprawnie.

– Nikt nikomu nie musiał tłumaczyć, co ma robić. Każdy wiedział, jakie ma zadanie. Ta współpraca naprawdę wyglądała bardzo dobrze – podkreśla Marcin Zieńkowski.

Strażacy z Łopiennika Dolnego zwracają uwagę, że podczas takich działań ogromne znaczenie ma właśnie organizacja i współpraca pomiędzy jednostkami ochotniczymi a Państwową Strażą Pożarną. Dowodzenie odbywało się jasno i konkretnie, a poszczególne zastępy dokładnie wiedziały, za jaki odcinek odpowiadają.

Dla druhów z OSP Łopiennik Dolny udział w akcji przy pożarze Puszczy Solskiej był jednocześnie jednym z największych wyzwań w historii jednostki. Jak przyznaje dowódca, ostatnie lata były dla strażaków wyjątkowo intensywne. Dwa lata temu jednostka otworzyła nową remizę, później otrzymała nowy samochód, a w maju 2025 została włączona do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego.

– Ta akcja była dla nas pewnego rodzaju wyróżnieniem i pokazaniem, że ta ciężka praca przez ostatnie lata miała sens – mówi dowódca jednostki.

W działaniach udział wzięli: dowódca Marcin Zieńkowski, kierowca Dariusz Sysa oraz druhowie Przemysław Starzyński, Mariusz Woźniak, Michał Weremko i Jacek Kowalczyk.

Choć od pożaru minęło już kilka dni, strażacy z powiatu krasnostawskiego wciąż wracają myślami do tamtych wydarzeń. Do nieprzespanej nocy, wielogodzinnej walki z ogniem i kilometrów rozwijanych węży pośród ciemnego lasu. Dla wielu z nich była to największa i najtrudniejsza akcja w dotychczasowej służbie.

Wspominają zmęczenie, ciężkie warunki i niepewność, ale również ogromną solidarność ludzi. Zarówno pomiędzy strażakami z różnych jednostek, jak i mieszkańcami, którzy przez całą dobę wspierali ratowników wodą, jedzeniem i dobrym słowem. Dziś, gdy emocje po akcji powoli opadają, strażacy z powiatu krasnostawskiego zgodnie mówią o jednym – była to jedna z tych akcji, które zostają w pamięci na całe życie. Pożar Puszczy Solskiej pozostawi po sobie spalone hektary lasu. Dla strażaków pozostanie jednak także doświadczeniem, które pokazało, jak wielką siłę ma współpraca, gotowość do niesienia pomocy i strażacka służba – niezależnie od miejsca i skali zagrożenia.

Serdecznie Wam za to dziękujemy! 

Czytaj także: 
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklamabaner reklamowy
Reklama
Reklamabaner reklamowy
Reklamabaner reklamowy
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama