„Nie mamy schronu”
Niedzielne wydarzenia ożywiły również dyskusję o przygotowaniu gminy na sytuacje kryzysowe. Mieszkańcy pytają przede wszystkim o to, gdzie mogliby się schronić w przypadku bezpośredniego zagrożenia.
Sołtys przypomina spotkanie, które odbyło się około półtora miesiąca wcześniej i w którym uczestniczyli przedstawiciele wojska. Jak relacjonuje, podczas zebrania padły słowa, które szczególnie zapadły jej w pamięć.
- Panowie wojskowi powiedzieli nam wprost na zebraniu, że tak naprawdę nie jesteśmy właściwie przygotowani na jakiekolwiek działania. Tak naprawdę znakomita większość samorządów boryka się z brakiem odpowiednich rozwiązań, odpowiedniej infrastruktury - wyjaśnia.
Jej zdaniem problemem jest przede wszystkim brak odpowiednich miejsc schronienia i zapasów.
- Nie mamy żadnego schronu. Funkcjonują oczywiście jakieś pojedyncze piwnice, ale co tak naprawdę znaczą? Ludzie nie dysponują też zapasami żywności. W nowych domach ludzie w ogóle nie budują piwnic. Ja mam stary dom, ale moja piwnica to zwykła ziemianka na warzywa. Co nam da taka piwnica na wypadek bombardowania czy wojny? W tym się przecież nie ukryjemy... - zastanawia się gospodyni wsi.
Obawy mieszkańców potęgują historie osób, które uciekły z terenów bezpośrednio dotkniętych wojną. Malinowska przywołuje historię Ukrainki pochodzącej z Mariupola, która po śmierci męża znalazła schronienie w Polsce.
Kobieta opowiadała o czasie spędzonym w piwnicy podczas walk. Według jej relacji przez około dwa tygodnie próbowała przetrwać bez wystarczającej ilości jedzenia i wody. Jak twierdziła, w tych warunkach zmarło jej ośmiomiesięczne dziecko.
- To jest przerażające. Dlatego tak bardzo boimy się braku przygotowania u nas - mówi sołtys.
Wójt: "Urząd pracuje normalnie"
Władze gminy Dorohusk przyznają, że niedzielne wydarzenia wywołały ogromne poruszenie, jednak w poniedziałek należało już wrócić do codziennego, samorządowego życia i spraw, z którymi petenci przychodzą do lokalnych władz.
- Pracujemy normalnie, ale wiadomo, że nastroje wśród mieszkańców są różne. Czegoś takiego tutaj w okolicach Dorohuska jeszcze nie było - mówi wójt Wojciech Sawa.
Jak relacjonuje, od rana (chodzi o poniedziałek 14 września - przyp. red.) do urzędu dzwonili mieszkańcy szukający informacji.
- Staramy się reagować na bieżąco, w szczególności jeśli chodzi o szkoły i procedury ewentualnej ewakuacji dzieci w takich przypadkach - zaznacza wójt.
Samorząd pozostaje w kontakcie ze służbami mundurowymi, działającymi na terenie gminy oraz z Wojewódzkim Centrum Zarządzania Kryzysowego.
Wójt podkreśla jednocześnie, że część kwestii związanych z ochroną samego przejścia granicznego pozostaje poza kompetencjami samorządu gminnego.
Przewodnicząca Sarzyńska zapowiada, że niedzielne wydarzenia będą przedmiotem pilnych rozmów na szczeblu lokalnym.
- Spotykamy się w gminie na posiedzeniu, aby omówić to zagrożenie i jak najlepiej przygotować mieszkańców na wypadek, gdyby jakiś dron pomylił trasę i spadł po naszej stronie - deklaruje.
Jej zdaniem szczególnej uwagi wymaga ochrona przejścia granicznego. Pracuje tam wielu mieszkańców gminy - funkcjonariusze, celnicy i pracownicy obsługi technicznej.
- Gdyby ta eksplozja miała miejsce dalej, bezpośrednio na przejściu, doszłoby do strasznej tragedii ludzkiej. Nie chodzi tylko o straty materialne, ale o życie naszych dzieci, rodzin i znajomych. Będziemy apelować do rządu w Warszawie o pilne wzmocnienie zabezpieczeń, zwłaszcza na przygranicznych przejściach kolejowych i drogowych - podkreśla Sarzyńska.
Wojna, która przestała być daleko
Niedzielne wydarzenia uruchomiły również reakcję władz państwowych. Premier Donald Tusk ogłosił wprowadzenie „trybu wzmocnionego” funkcjonowania służb. W tym samym czasie polskie i sojusznicze samoloty patrolowały przestrzeń powietrzną nad Lubelszczyzną, a służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo powietrzne pozostawały w podwyższonej gotowości.
W gminie Dorohusk najważniejsze pytania pozostają jednak bardzo lokalne: gdzie mieszkańcy mają się schronić, jak szybko otrzymają ostrzeżenie i czy w razie zagrożenia będą wiedzieli, co robić.
W przygranicznych wsiach emocje po niedzielnej nocy jeszcze nie opadły. Dla mieszkańców wojna za Bugiem przestała być wyłącznie obrazem z telewizji. Stała się czymś, co można usłyszeć i poczuć - hukiem, od którego drżą szyby i ściany domów.
I właśnie dlatego pytanie „co będzie, jeśli to wydarzy się po naszej stronie?” nie jest już dla nich abstrakcją...
Czytaj także:
- Poszukują dwóch wykonawców. Nowa szansa dla ŚDS „Cytrynka”, a w planach również tężnia solankowa na „Szlaku Morsa”
- Nowoczesny magazyn obrony cywilnej w Depułtyczach Królewskich-Kolonii. Gmina Chełm przeprowadza kluczowy przetarg
- Gmina Chełm stanie się gminą Pokrówka. Rząd zakończył wielomiesięczną procedurę
- Kryzys na zbiorniku w Stańkowie. Masowe śnięcie karasia srebrzystego, służby wyjaśniają przyczyny



Napisz komentarz
Komentarze