A w nas wciąż walczą dwa światy
Dzisiaj nie ma już ciągnących się leniwie wiejskich duktów – jest asfalt, pisk opon, spaliny, nerwy i to ciągłe poczucie, „że jestem spóźniony”. Nie ma już dłoni, która sięgałaby po orzechy, których łupiny przypominają pomarszczoną skórę doświadczonego starca, słodyczy jesiennych jabłek i śliwek i szelestu liści, które porusza marzyciel wiatr. Nie ma drogi, uważnych kroków i powolnego uczenia się świata. Naszym doświadczeniem stają się coraz częściej namiastki prawdziwych wrażeń. Zamiast głęboko przeżywać – ledwie zatrzymujemy się, ledwie dotykamy, ledwie jesteśmy.
I nie powrócą już skrzypiące, drewniane wozy, piaszczysty pył, życzliwy uśmiech na zmęczonej słońcem i pracą twarzy. Tamta ścieżka i ludzie, którzy dźwigali na plecach gospodarskie narzędzia i niełatwy los.
- No tak… takie było moje doświadczenie mojego Marynina. Naszego Marynina. Bo ta wioska była i jest „nasza”. Jako mała dziewczynka znałam tutaj każdy zakątek. Do dzisiaj pamiętam domy, obejścia i ludzi, którzy byli z nimi związani. Sąsiedzi byli dla nas najczęściej ciociami, wujkami albo babciami i dziadkami. Kiedy przechodziło się drogą, to za każdym razem padało takie życzliwe, dosyć zabawne pytanie: „A czyja ty jesteś?”. Do dzisiaj pamiętam charakterystyczne, drewniane płoty i ławeczki, na których starsi siedzieli, aby obserwować, co dzieje się na tej drodze. To był inny świat… - mówi wyraźnie wzruszona Wioletta Iwaniuk.

A zaczęło się zupełnie niewinnie... od spotkań przy stole. Wydaje się, że to bodaj ostatnia przestrzeń zbiorowej pamięci. Ale nie tej pamięci, która rejestruje istotne daty i fenomeny z naszych narodowych dziejów. Przy stole, w domowym zaciszu dowiadujemy się, kim tak naprawdę jesteśmy. Skąd się wywodzimy. Co nas zbudowało. Odkrywamy mozolnie, że to, jacy jesteśmy, determinuje przecież rodzinna przeszłość. Czasami ta nienazwana zupełnie i nieuświadomiona. Płyną pod naszą skórą rwące nurty historii. Meandrują, zawracają, płyną wbrew obowiązującym trendom i modom. Po prostu są – czy tego chcemy, czy nie. Jedno jest jednak pewne – bez nich usychamy, nie jesteśmy sobą.
- Te proste wydawałoby się chwile, proste spotkania uświadomiły mnie i mojej rodzinie, jak bogata, różnorodna jest nasza przeszłość. Moja, mojej rodziny, ale i całej naszej wioski, całego Marynina. To przecież przeszłość, którą budują osobiste losy, osobiste uczucia, fascynacje, pasje, praca, cierpienie. Dla mnie przeszłość to przede wszystkim konkretny człowiek. To fascynujące móc opowiadać o przeszłości z takiej właśnie indywidualnej, subiektywnej perspektywy. Nagle albumy ze zdjęciami, których nikt nie otwierał od dziesięcioleci, zaczynają ożywać. Przypominać o tym, że żyła tutaj taka osoba, taka rodzina. Móc wspominać to jedno, ale stworzyć przestrzeń, która mogłaby w pewnym sensie dać głos tym wszystkim zapomnianym sąsiadom, to jednak zupełnie inna kwestia. I tak właściwie zrodził się pomysł na stworzenie profilu „Nasz Marynin” – wyjaśnia pani Wioletta.
Przeszłość wyszła zza zamkniętych drzwi
Wydaje się, że popularność tego rodzaju portali czy profili społecznościowych, które stanowiłyby rodzaj lokalnego archiwum pamięci, stopniowo rośnie. Oto bowiem przeszłość przestaje być domeną badaczy i specjalistów. Wychodzi z zakamarków zakurzonych archiwów, ożywa i zaczyna mówić swoim głosem. Taki zamysł krył się również za „Naszym Maryninem”.
- Większość tego rodzaju forów czy profili opiera się na wspomnieniach na temat osób, które były w jakiś sposób znaczące dla danej społeczności. Mnie chodziło jednak o co innego. Chciałam, aby było to miejsce przypominające o zwykłych ludziach, moich sąsiadach, osobach, które znałam, które codziennie mijałam, które mnie pozdrawiały. Jak już mówiłam, fascynują mnie ludzie, którzy budowali tę społeczność, ale nie byli jej czołowymi przedstawicielami. Dlaczego jest to dla mnie tak ważne? Bo mam poczucie, że Marynin jest naprawdę mój. Tutaj się urodziłam, tutaj się wychowałam i tutaj po wielu latach powróciłam. Z miastem mi jakoś nie po drodze (śmiech) – zaznacza Iwaniuk.
Pierwsze wspomnienia, fotografie czy dokumenty pani Wioletta pozyskała z domowych archiwów swoich sąsiadów. Otworzyli się na tę inicjatywę i to tak naprawdę dzięki nim można było postawić pierwsze kroki. Dzisiaj jednak można już chyba mówić o tym, że profil zaczął żyć swoim życiem. Pomysłodawczyni strony nie nadąża już z odbieraniem kolejnych wiadomości ze zdjęciami i materiałami, a internauci z zapałem komentują kolejne wpisy i włączają się w identyfikację widniejących na zdjęciach dawnych mieszkańców miejscowości. Tak szeroki i życzliwy odzew nie byłby zapewne możliwy, gdyby nie założenie, że strona będzie prowadzona za pośrednictwem tak popularnego dzisiaj medium.
- Te materiały trafiają do mnie naprawdę z całej Polski. I nie tylko – także spoza granic naszego kraju. Kiedy przeglądam statystyki, to nagle okazuje się, że obserwują ten profil i mieszkańcy Wielkiej Brytanii, i Chorwacji. Mieszkańcy Marynina lub ich potomkowie są też w Danii. Z tych dokumentów, zdjęć i wspomnień wyłania się, proszę mi wierzyć, naprawdę niezwykły obraz miejscowości. Okazuje się, że Marynin był wsią, gdzie ludzie dążyli do realizacji wspólnych celów. Jednoczyli się, podejmując wspólne inicjatywy. Podejmowali wysiłek. Byli przejęci przyszłością swojej miejscowości i jej dalszymi losami. To porusza, to naprawdę porusza – mówi o najważniejszych „odkryciach” pani Wioletta.
Okazuje się, że jedną z takich inicjatyw była budowa obiektu miejscowej szkoły. Nieco zapomniany już dzisiaj, szary budynek mija właściwie każdy, kto przemieszcza się pomiędzy Chełmem a Lublinem. Natomiast niewielu zapewne uświadamia sobie, jak bogata historia się z nim wiąże. To właśnie przodkowie obecnych mieszkańców miejscowości podjęli przed niemal stu laty decyzję, aby podjąć dzieło budowy. Dla wspólnego dobra – swojego i swoich dzieci.
- Szkoła pełniła przez lata nie tylko funkcję przestrzeni edukacji, ale także miejsca, które służyło integracji. Przed wojną działała tutaj słynna orkiestra dęta, którą zorganizował znamienity pedagog Mieczysław Zen. Funkcjonowała tutaj również grupa teatralna. Ale znowu – odtworzenie różnych faktów i przywołanie historii nie byłoby możliwe, gdyby ludzie nie otworzyli swoich domowych archiwów, albumów, nie sięgnęli do różnych zapisków. A sięgnęli dlatego, że powstała ta strona. Tak więc możemy sobie nawzajem pomagać, ubogacać się. Co mnie zresztą bardzo cieszy – mówi o jednym z najważniejszych doświadczeń badaczka dziejów Marynina.
Wszystkie kwiatki babci
Wszystkie te spostrzeżenia wiodą w jednym kierunku. Zupełnie nieoczekiwanie, zaskakując pewnie samych siebie, stwierdzamy, że za czymś jednak tęsknimy. Wciąż żyją w nas miejsca i ludzie, którzy stanowili dla nas przestrzeń bezpieczeństwa. Przy których mieliśmy poczucie, że jesteśmy naprawdę szczęśliwi. A może to tylko odzywa się w nas wewnętrzne dziecko, które trzeba czasami objąć i przytulić? A może nie? Może naprawdę pogubiliśmy się gdzieś, chcąc udowodnić sobie, że dajemy radę w tym pogmatwanym, dziwnym świecie? Może pora powrócić już do „swojego Marynina”?

- Ludzie tęsknią do prostych rzeczy. Ktoś kiedyś zapytał mnie nawet o to, czy nie zachował się przypadkiem krąg, z którego pił wodę koń dziadka. Bo to akurat zapamiętał. Z tym kojarzy szczęśliwe, dziecięce lata. Ja także mam taki swój zakątek. To z kolei gospodarstwo dziadków Habów. To byli oczywiście tacy przyszywani dziadkowie, ale ludzie niesamowicie mi życzliwi. Pamiętam, że dziadek Haba częstował mnie zawsze tym, co akurat miał, a najczęściej orzechami lub śliwkami. Z kolei babcia już na zawsze będzie mi się kojarzyła z „kwiatkami babci Habiny”. Hoduję je zresztą nieopodal mojego domu, a sadzonka pochodzi właśnie z ogródka dziadków – przywołuje swoje obrazy z dzieciństwa pani Wioletta.

Kto wie? Może te wszystkie uczucia uda się pomieścić nie tylko w wirtualnej, ale też rzeczywistej przestrzeni? Stara szkoła – tylko ona mogłaby pełnić funkcję lokalnego muzeum. To zdaniem pani Wioletty miejsce idealne do tego, aby dalej snuć, ale w zupełnie innym już wymiarze, fascynującą opowieść o mieszkańcach Marynina. A nuż uda się uratować wszystkie kwiatki babci Habiny? Każdy z nas ma przecież swoje, własne. Tak bardzo różne, ale swoje. Może jednak się uda. Jak przed stu laty – kiedy wszyscy mieszkańcy zjednoczyli się we wspólnym wysiłku. Czy i dzisiaj nie zabraknie tej społecznej, dobrej energii?
Czytaj także:








![Chełm. W ubiegłym tygodniu odeszli od nas... [15-2-2026] W ubiegłym tygodniu odeszli do wieczności. Ostatnie pożegnanie naszych bliskich. Nekrologi z Chełma i powiatu chełmskiego.](https://static2.supertydzien.pl/data/articles/sm-4x3-chelm-w-ubieglym-tygodniu-odeszli-od-nas-8-2-2026-1771108390.jpg)







Napisz komentarz
Komentarze