Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama
Wypadki w rolnictwie

Oddał Bogu ducha. Tragiczna śmierć 3-latka w folwarku

Jesienią 1901 roku w folwarku Ciołków pod Horodłem doszło do tragedii – trzyletni chłopiec zginął w trybach młocarni. Ta poruszająca historia z Gazety Świątecznej odsłania dramatyczną codzienność dzieci na wsi, które od najmłodszych lat towarzyszyły rodzicom w pracy.
Oddał Bogu ducha. Tragiczna śmierć 3-latka w folwarku
Na przełomie XIX i XX wieku dzieci były częścią siły roboczej na wsi. Już kilkulatki pasły gęsi i krowy, starsze dzieci pomagały przy żniwach, nosiły wodę, karmiły zwierzęta

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe; zdjęcie podglądowe, 1932 r.

W cyklu Wieści z minionej niedzieli wracamy dziś do wydarzeń sprzed ponad 120 lat. Gazeta Świąteczna z 13 października 1901 roku przyniosła poruszający list z guberni lubelskiej. Tragedia dziecka, które wpadło w tryby młocarni, nie była odosobniona. Na przełomie XIX i XX wieku mechanizacja wsi niosła ze sobą nie tylko postęp, lecz także nowe zagrożenia. Szczególnie narażone były dzieci, które od najmłodszych lat angażowano w prace w gospodarstwie. Wiele z tych problemów – choć w innych realiach – pozostaje aktualnych do dziś.

Gazeta Świąteczna, 13 października 1901 r., str. 5

Oddał Bogu ducha

Gumienny folwarku Ciołków pod Horodłem, w gubernji lubelskiéj, idąc w dniu 1-ym października rano do roboty, zabrał ze sobą trzyletniego synka. W stodole młócono na młocarni. Dziecko zaczęło ciekawie przyglądać się kręcącym się kołom. Po chwili ojcu wypadło wyjść po coś ze stodoły.

Chłopczyk zbliżył się po cichu do młocarni i widząc, że nikt nie zwraca nań uwagi, wsadził rączkę pomiędzy tryby, które mu ją w okamgnieniu urwały. Posłano zaraz po doktora, ale tymczasem biedne dziecko cierpiało straszny ból i krwią broczyło. Doktor zrobił opatrunek, choć widział, że to się już na nic nie przyda. Jakoż nazajutrz chłopaczek w ciężkich cierpieniach oddał Bogu ducha. Oboje rodzice z żalu i rozpaczy pomdleli tak, że ledwie ich się docucono.

Mechanizacja i ryzyko

Tragedia wydarzyła się w Ciołkowie – wówczas folwarku należącym do parafii Horodło, dziś wsi w gminie Horodło, powiecie hrubieszowskim, województwie lubelskim. Był to region typowo rolniczy, z przewagą dużych majątków ziemskich i niewielkich wsi chłopskich. Horodło, do którego parafii należał Ciołków, miało swoje miejsce w historii – to tu w 1413 roku zawarto unię polsko-litewską. Jednak na przełomie XIX i XX wieku była to zwykła miejscowość rolnicza, w której modernizacja postępowała powoli. Mechanizacja – jak młocarnie – docierała głównie do folwarków, nie do chłopskich gospodarstw.

Pod koniec XIX wieku na ziemiach Królestwa Polskiego wprowadzano coraz więcej maszyn rolniczych. Najbardziej powszechne były młocarnie, sieczkarnie, kieraty czy lokomobile parowe. Wcześniej zboże młócono tradycyjnie cepami, co było żmudne i powolne. Młocarnia potrafiła przyspieszyć pracę kilkanaście razy – w folwarku, gdzie zatrudniano kilkudziesięciu robotników, pozwalała szybko przygotować ziarno na sprzedaż i siew.

Nowoczesność niosła jednak zagrożenie. Maszyny nie miały żadnych osłon czy zabezpieczeń, a ruchome tryby były łatwo dostępne. W prasie z przełomu XIX i XX wieku, np. w Gazecie Świątecznej i Kurierze Warszawskim, regularnie pojawiały się doniesienia o wypadkach: dzieci traciły ręce w sieczkarniach, kobiety wciągały do trybów spódnice, mężczyźni ginęli w młocarniach. Statystyki policyjne z guberni siedleckiej wskazują, że pożary i wypadki w czasie żniw były dwiema najczęstszymi przyczynami nieszczęść na wsi.

Chłopczyk zbliżył się pocichu do młocarni i widząc, że nikt nie zwraca nań uwagi, wsadził rączkę pomiędzy tryby, które mu ją w okamgnieniu urwały” – donosiła Gazeta Świąteczna

Dzieci w gospodarstwie

Wypadek w Ciołkowie pokazuje także, jak powszechne było zabieranie dzieci do pracy. Choć ten trzylatek nie wykonywał czynności roboczych, towarzyszył ojcu w stodole – i to wystarczyło, by doszło do tragedii. Na przełomie XIX i XX wieku dzieci były częścią siły roboczej na wsi. Już kilkulatki pasły gęsi i krowy, starsze dzieci pomagały przy żniwach, nosiły wodę, karmiły zwierzęta. Badania historyków (m.in. Andrzeja Wyczańskiego i Józefa Chałasińskiego) pokazują, że w gospodarstwach chłopskich praca dzieci była koniecznością ekonomiczną. Edukacja szkolna często schodziła na drugi plan – w niektórych wsiach połowa dzieci opuszczała zajęcia w okresie letnim, aby pomagać rodzicom w polu. Nie było też świadomości zagrożeń: dla rodziców naturalne było, że dziecko „uczy się życia” od najmłodszych lat, obserwując dorosłych w pracy.

W realiach wsi przełomu XIX i XX wieku dzieci od najmłodszych lat uczestniczyły w pracach gospodarskich – często jeszcze zanim nauczyły się dobrze mówić czy pisać. Najmłodsze, kilkuletnie dzieci wysyłano na „pasionkę”, czyli do pilnowania gęsi, kaczek czy bydła. Jak pisała Joanna Kuciel-Frydryszak w książce „Chłopki – opowieść o naszych babkach”, już pięcio- czy sześciolatki bywały pełnoprawnymi pracownikami w gospodarstwie – odpowiedzialnymi za całodzienne wypasanie zwierząt, niezależnie od pogody Dla wielu rodzin była to konieczność ekonomiczna: każde dodatkowe ręce do pracy oznaczały większe szanse na utrzymanie się z ziemi.

Starsze dzieci pomagały przy żniwach, kopaniu ziemniaków, karmieniu zwierząt czy porządkach w obejściu. Z czasem wciągano je również do cięższych prac, takich jak młócenie, przenoszenie siana czy obsługa prostych narzędzi rolniczych. Nie brakowało wypadków – maszyny rolnicze, wówczas coraz częściej używane, stanowiły szczególne zagrożenie. Obciążanie dzieci pracą w gospodarstwie odbywało się kosztem edukacji. Wielu z nich nie uczęszczało regularnie do szkoły – rodziny wolały, by pomagały w domu lub pasły bydło. W efekcie analfabetyzm jeszcze długo pozostawał na polskiej wsi zjawiskiem powszechnym.

Najmłodsze, kilkuletnie dzieci wysyłano na „pasionkę”, czyli do pilnowania gęsi, kaczek czy bydła; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe; okolice Drawska Pomorskiego, 1964 r.

Dzieci na wsi wczoraj i dziś

Problem pracy dzieci w gospodarstwach rolnych nie zniknął całkowicie. Już w XIX i na początku XX wieku dzieci stanowiły nieodłączną część wiejskiej siły roboczej – pasły bydło, nosiły wodę, pomagały przy młócce czy zbiorach. Badania Joanny Kuciel-Frydryszak („Chłopki”) pokazują, że od najmłodszych lat obowiązki dzieci na wsi były traktowane jako naturalne, a wypadki – od pogryzień przez zwierzęta po urazy w stodołach – stanowiły ponury element codzienności.

Również w okresie powojennym problem pozostawał istotny. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego z lat 70. XX wieku nawet 60% dzieci na wsi w wieku szkolnym pomagało w gospodarstwach rolnych, a co piąte wykonywało prace uznawane za szczególnie niebezpieczne (np. przy zwierzętach hodowlanych czy maszynach). Dziś, mimo zakazów dotyczących zatrudniania nieletnich w pracach niebezpiecznych, sytuacja nie została całkowicie rozwiązana. Raporty Państwowej Inspekcji Pracy oraz badania Instytutu Medycyny Wsi w Lublinie wskazują, że najmłodsi nadal ulegają wypadkom podczas pracy przy zwierzętach czy maszynach rolniczych. W 2020 roku wypadki w rolnictwie stanowiły blisko 30% wszystkich zdarzeń, w których poszkodowane były dzieci.

Dane Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego pokazują poprawę, ale nie eliminację zagrożenia. W 1993 roku wskaźnik wypadkowości w rolnictwie indywidualnym wynosił 24,6 na 1000 ubezpieczonych. W 2024 roku spadł do 7,8, a liczba zgłoszonych wypadków zmniejszyła się do 9 930 – o ponad 7% mniej niż rok wcześniej. Wypłacono jednak 38 odszkodowań z tytułu śmierci wskutek pracy w gospodarstwie. Najwięcej zdarzeń ma miejsce latem, w czasie żniw, gdy dzieci częściej przebywają w obejściu i bywają angażowane do pomocy. Problemem pozostaje brak pełnych danych – KRUS od 2005 roku nie prowadzi już statystyk dotyczących liczby poszkodowanych poniżej 16. roku życia. Oznacza to, że faktyczna skala zjawiska może być większa, niż pokazują to oficjalne raporty.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama baner reklamowy
Reklama baner reklamowy
Reklama
Reklama baner reklamowy
Reklama Nieruchomości
Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: m Treść komentarza: Mądrych inaczej nie brakuje. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zostanie przyjacielem sakiewki. Data dodania komentarza: 4.06.2026, 10:13 Źródło komentarza: Chełm. Przyjaciele Republiki z siedzibą w miejskiej jednostce? Miasto odpowiada: umowy nie było Autor komentarza: m Treść komentarza: No właśnie. Módl się abyś nie musiał osobiście ogłaszać zbiórki. Data dodania komentarza: 4.06.2026, 09:58 Źródło komentarza: Gm. Ruda-Huta. Szymka Zelenta wspiera także Ania Dąbrowska. Niezwykła wizyta w Dzień Dziecka Autor komentarza: franek Treść komentarza: Nie jesteś odosobniony. Masz rację. Problem w tym, że wielu nie wie, lub nie chce wiedzieć o prawdzie z przeszłości. Od zarania dziejów ludzie wyżynali się na wzajem. Data dodania komentarza: 4.06.2026, 09:55 Źródło komentarza: Oburzenie po decyzji Wołodymyra Zełenskiego. Czy Chełm zwróci tytuł Miasta Ratownika? Autor komentarza: Kosmita Treść komentarza: Jak zwykle będę odosobniony w swym spojrzeniu na powyższą sprawę, zresztą jak i wobec innych spraw i poglądów tu się dziejących. A co, to se będę. Ludziaki niezbyt lubią, jak im się prawdą chlasta po ślipiach a już szczególnie tego nie lubią Polacy i zaraz to Im udowodnię. Dawno, dawno temu, była sobie Rzeczypospolita Obojga Narodów, która swem władaniem sięgała daleko na wschód. Na tym wschodzie rozgościły się KRÓLEWIĘTA, tacy jak Radziwiłłowie, Ostrogscy czy Wiśniowiecy oraz inni. Rządy tych Ludziaków charakteryzowały się skrajnym wyzyskiem a czasami wręcz z bestialstwem, wobec tzw. TUTEJSZYCH, czyli Białorusinów i Rusinów, dziś zwanych Ukraińcami. Tych TUTEJSZYCH, niemiłosiernie traktowano nahajką a i wbijanie na pal, to była też normalka. Wszelkie sprzeciwy wobec MAGNATERII POLSKIEJ były topione we krwi. Królewięta nie byli skorzy do tego, aby uznać TUTEJSZYCH jako równych sobie. Na tym tle, to chyba Murzyn na polach bawełny w Alabamie miał żywot jak w RAJU. Tak zostali Polacy zapamiętani na wieki przez Ukraińców. Jak to się mówi, przychodzi kiedyś czas, gdy za grzechy PRADZIADÓW odpowiedzą PRA- PRA-, PRAWNUKI. Tak też stało się na Wołyniu. Pamięć w Ukraińcach o BESTIALSTWIE Polaków przetrwała wieki, tak teraz pamięć o BESTIALSTWIE UPA wobec Polaków też pozostanie na wieki. Nawet dziś w Polakach jest taka, niewypowiedziana chęć wywyższenia się nad tych dzisiejszych Ukraińców i żaden nie chce pamiętać: Nędza… głód… Jedna mogiła. Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą — i żadne usta długo nie mówiły: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Bo przeć Ukraińcy to CHAMY, prawda Polacy? napisał to skromny KOSMITA, oczywiście przywołując Imć Sienkiewicza, tak po prawdzie Lipka Polskiego. Data dodania komentarza: 3.06.2026, 18:40 Źródło komentarza: Oburzenie po decyzji Wołodymyra Zełenskiego. Czy Chełm zwróci tytuł Miasta Ratownika? Autor komentarza: Marek Treść komentarza: Tak niski wyrok to farsa, można? Można Data dodania komentarza: 3.06.2026, 17:52 Źródło komentarza: Zapadł wyrok po tragedii na Ogrodowej w Chełmie. W wypadku zginęło dwóch 18-latków
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama