
Jerzy odwiedził blisko 150 państw, ma za sobą dziesiątki tysięcy przemierzonych kilometrów, noclegi w wieloosobowych hostelach, dzikie przejazdy lokalnymi autobusami oraz setki spotkań z ludźmi z najdalszych zakątków ziemi. Oto opowieść o człowieku, który udowadnia, że świat nie jest obcy ani groźny – wystarczy chcieć go naprawdę poznać, zrozumieć i dotknąć na własnych zasadach.
Mapa samochodowa zamiast Internetu
Wszystko zaczęło się w latach 70. W czasach, gdy o Google Maps nikt jeszcze nie słyszał, a świat za żelazną kurtyną wydawał się nieosiągalną odległością. Młody Jerzy spędzał godziny nad atlasami geograficznymi i papierowymi mapami. Zamiast czekać na wycieczki, chłonął wiedzę, analizując układy dróg, strefy klimatyczne i granice państw.
- Od małego u mnie ta geografia była. Każdemu to mówię: ja mogę jako dziecko dyskutować z profesorem z UJ z Krakowa. Geografia u mnie była od małego, tak jak niebo nad moją głową. Nauczyciele dopytywali, skąd ja w tym temacie wiem więcej. A ja miałem mapy i je studiowałem. Pamiętam, że w szkole podstawowej miałem mapę samochodową. Już w wieku 15 lat znałem wszystkie stolice świata – wspomina mężczyzna.
Przełom w jego życiu przyniósł rok 1989 i upadek ustroju komunistycznego w Polsce. Otwarcie granic i swobodny dostęp do paszportów były niczym zielone światło dla kogoś, kto od lat nosił w głowie gotową mapę świata.
- Pierwszy raz udałem się w podróż w 1993 roku, po przemianach, jak już można było paszport wyrobić na spokojnie. Zacząłem od naszych kresów: Białoruś, Ukraina, Litwa. A pierwszy raz w odważniejszą podróż samemu wyruszyłem, obierając kierunek: Grecja, Turcja, Albania, Kosowo – bez znajomości ani jednego słowa obcego. Nie mam pojęcia, jak sobie poradziłem – śmieje się Jerzy.

Sztuka logistyki
Jerzy Koprianiuk nie korzystał z usług biur podróży. Zamiast gotowych wycieczek i przewodników z tabliczką wybiera pełną niezależność. Sam układa trasy, wylicza czasy przesiadek i analizuje rozkłady jazdy lokalnych przewoźników. Dla niego logistyka to nie przykry obowiązek, lecz istotna część podróżniczej pasji.
Planowałem podróże i sam jeździłem, w ogóle bez biura. A wie Pani, ja mogę godzinami patrzeć na mapę. Niektórzy nie lubią planowania podróży, a ja sobie robię rozpiskę: tu mam pół godziny, tu wiem, że mam następny autobus, patrzę jak jeżdżą autobusy... I tak po kolei przechodzę z punktu do punktu. Abym mógł zwiedzić np. Wietnam, Laos, Kambodżę w dwa tygodnie, to logistyka musi być idealna – opowiada.
Podróżowanie w wydaniu Jerzego wymaga też odpowiedniego nastawienia i kondycji fizycznej. Luksus i wylegiwanie się na plaży to dla niego marnowanie czasu. Liczy się ruch, zwiedzanie i stały kontakt z miejscem, w którym się znajduje.
- I każdy się dziwi, jak ten podróżnik z Kożanówki tak piechotą i transportem podróżuje. Pobyt w kurorcie przez 2 tygodnie? To nie dla mnie. Cały czas muszę być w ruchu! Plaża dla mnie to maksymalnie godzina. Tylko raz kąpałem się w morzu w Wietnamie. Miałem akurat trochę czasu między autobusami, to poświęciłem czas na plażę. A tak, muszę cały czas jeździć i zwiedzać – zaznacza.
O oszczędnościach i logistyce decyduje również wybór noclegów. Zamiast luksusowych hoteli wybiera proste warunki, stawiając cel wyprawy ponad osobisty komfort:
- Jeśli pytają mnie o noclegi, odpowiadam: hostele. To nie jest bardzo przyjemne, na przykład w Norwegii nocowałem w pokoju na 20 osób, ale za to tanio, za 105 złotych za dobę. W Szwecji pokój na 28 osób. Staram się wybierać jak najtańsze noclegi, żeby jak największą część czasu i pieniędzy poświęcić na zwiedzanie.

Od Gangesu po białe noce
Przemierzając świat, Jerzy z bliska przyglądał się niezwykłym, a często wręcz szokującym z perspektywy Europejczyka rytuałom i obyczajom. Widział rzeczy, o których większość słyszy jedynie w filmach dokumentalnych. W Indiach trafił nad brzeg Gangesu – rzeki uznawanej przez wyznawców hinduizmu za świętą, gdzie zmarli łączą się z żywiołami.
- W Indiach nad Gangesem widziałem palenie zwłok. Tylko bogaty człowiek może się spalić. Tutejsi zwożą nad brzeg rzeki stosy drewna, układają na nich zwłoki i palą je ok. godziny. Później resztki wrzucają do Gangesu. A tam obok ludzie się kąpielą, piją wodę... A te zwłoki przepływają. To jest szokujący widok – opowiada mieszkaniec Kożanówki.
Inne podejście do życia i śmierci zaprowadziło go także do Kolumbii, gdzie trafił do miejsc kojarzonych z najmroczniejszą historią przestępczości.
- Byłem w takich miejscach jak grób Pabla Escobara w Medellín. Bardzo skromny, bardzo prosty grób, a ludzie tam podchodzą, jakby to był ktoś wielki. Pieniądze miał gigantyczne, a grób nadzwyczaj skromny – komentuje podróżnik.



Napisz komentarz
Komentarze