Pieczone szczury i żaby
W kulturze orientalnej zderzył się również z odmiennymi tradycjami kulinarnymi. Podróż po Azji południowo-wschodniej była okazją do spróbowania potraw, które dla Polaka mogą brzmieć egzotycznie lub wręcz ekstremalnie.
- W Tajlandii jada się różne pająki. Moja znajoma próbował żabki – twierdziła, że nawet smaczna, smakuje trochę jak sucha ryba. A w Laosie jechałem całą dobę autobusem, zatrzymaliśmy się i pytam policjanta, co to za mięso sprzedają. A on na to: „Szczury! Szczury wodne, to najlepsze danie!”. Dwóch chłopaków z Polski poszło i zjadło tego szczura, bo jakby odmówili, to gospodarze, którzy ich zaprosili, by się pogniewali – opowiada Jerzy.
Fotografowanie zabiera duszę
Jednocześnie podróżnik natrafił na głęboko zakorzenione tabu kulturowe związane z fotografowaniem ludzi. W niektórych zakątkach globu aparat fotograficzny bywa traktowany z dużą nieufnością.
- W niektórych miejscach nie wolno ludziom robić zdjęć bez pytania, bo uważają, że odbiera im się duszę. W Maroku czy innych krajach od razu się zasłaniają. Ale z kolei w Indonezji jest zupełnie inaczej. Tam dziewczynki podchodziły do mnie i krzyczały: „Foto, foto!”. Ustawiała się cała kolejka, żeby zrobić sobie ze mną zdjęcie. Byłem tym wręcz zaskoczony – przyznaje podróżnik.
Skrajności kulturowe to także różnice w klimacie i przyrodzie. Jerzy zwiedzał zarówno mroźny Spitsbergen oraz ponurą, deszczową Islandię, jak i tropikalną Azję.
– Przykładowo w Islandii jest pięknie, ale dla mnie za głucho, ciemno i ponuro. Cały czas zimno, pada i pochmurno. A z kolei Azja – przeraża mnie ten upał. W Tajlandii o godzinie 7:00 rano jest już 35 stopni! Ale da się przetrwać. Za to najpiękniejsze miejsca? Zdecydowanie Sri Lanka – zielona wyspa, Indonezja – przepięknie! – zachwyca się mężczyzna.
Ludzie są na ogół życzliwi
Jedną z najważniejszych lekcji, jakie Jerzy wyciągnął ze swoich wypraw, jest fakt, że świat w rzeczywistości jest o wiele bezpieczniejszy i bardziej przyjazny, niż przedstawiają to nagłówki medialne. Kraje często określane mianem niebezpiecznych okazują się miejscami pełnymi ludzkiej serdeczności.
– Wiele krajów uważa się za bardzo niebezpieczne, a okazuje się, że są bardzo bezpieczne. Taka Abchazja – nic mi tam w ogóle nie groziło. Propaganda straszy. Nie ma co wierzyć w to, co piszą. Teraz na przykład Białoruś: nie do pomyślenia, jak tam jest czysto, jedzenie wspaniałe, naturalne, bez żadnej chemii. A ludzie niezwykle życzliwi w sklepach i na ulicach – mówi Jerzy.
Pytany o to, jaki naród okazał się najbardziej otwarty i gościnny wobec przybysza z Polski, Jerzy nie ma wątpliwości.
- Gruzini! Niesamowicie gościnni. Tak samo dobrze wspominam podróż Koleją Transsyberyjską – 10 dni w jedną stronę, 7 z powrotem. Czas leciał momentalnie, Rosjanie w pociągu ciągle częstowali smakołykami, rozmawiali, atmosfera była świetna – wspomina.
Koniec języka za przewodnika
Podróżowanie bez biegłej znajomości wielu języków obcych również nie stanowiło dla niego przeszkody. Język rosyjski otwierał mu drzwi w całej Europie Wschodniej i Azji Środkowej, a w innych miejscach pomagała życzliwość napotkanych ludzi i uniwersalny język gestów.
- Rosyjskim władam perfekcyjnie. We wszystkich krajach dawnego Związku Radzieckiego nie było żadnego problemu. A tak to podstawowe słowa. Jak trzeba gdzieś trafić, to pokazuję w telefonie nazwę ulicy. W Albanii czy Rumunii pytałem człowieka o drogę, to potrafił rzucić swoje sprawy i poprowadzić mnie kilkaset metrów, żeby pokazać właściwy kierunek. Ludzie na świecie są bardzo pomocni – przyznaje podróżnik.
Oczywiście w trakcie tak licznych wypraw nie dało się całkowicie uniknąć trudnych sytuacji zdrowotnych czy losowych. Podczas podróży po Oceanie Spokojnym Jerzy musiał zmierzyć się z nagłą chorobą.
- Na wyspach Tonga, w upale otarłem sobie nogę i wdarła się choroba – róża. Na szczęście to było tuż przed powrotem do Polski. Jak wracałem, było 33 stopni upału, a noga puchła. Zaraz po przylocie trafiłem do szpitala w Białej Podlaskiej, ordynator od razu zdecydował o leczeniu. Całe szczęście, że dopadło mnie to przed samym domem, a nie gdzieś w środku dżungli!.

Pasja bez granic
Po ponad trzech dekadach podróżowania Jerzy Koprianiuk nie zwalnia tempa. Choć zwiedził już blisko 150 krajów, wciąż planuje kolejne trasy, analizuje połączenia lotnicze i szuka nowych wyzwań. Od pewnego czasu podróżuje z towarzyszką wypraw, Olą z powiatu biłgorajskiego, z którą dzieli trudy i radości drogi.
Jego recepta dla młodych adeptów podróżowania jest prosta: solidna wiedza, umiejętność chłodnego planowania i szacunek do odwiedzanych miejsc.
- Trzeba mieć bardzo dużą wiedzę geograficzną i dużo czytać, żeby wiedzieć, co po kolei zwiedzać. Nie można jechać w ciemno. Trzeba umieć zaplanować logistykę, połączenia, wiedzieć, gdzie iść. No i podstawa w podróżach to ubezpieczenie oraz podstawowe szczepienia! – radzi.
Mimo ogromnej listy odwiedzonych miejsc – od Ameryki Południowej, przez Afrykę, po kraje wyspiarskie Oceanii – jest jedno miasto, do którego Jerzy wraca z niezmiennym sentymentem i zachwytem.
– To Rzym. Byłem tam już z 15 razy, ale mnie tam ciągle ciągnie. Pokochałem to miasto. Katedra na Lateranie, Koloseum, Plac Wenecki, Schody Hiszpańskie, Watykan... Trzeba tam jechać, iść i znowu to wszystko zobaczyć – mówi, bo pasja nie wymaga wielomilionowego budżetu ani wygód. Wystarczy ciekawość drugiego człowieka, odwaga do wyjścia poza schemat i otwarty umysł, gotowy na przyjęcie świata dokładnie takim, jaki jest.



Napisz komentarz
Komentarze