Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 19 sierpnia 2022 06:30
Reklama

TAJEMNICZE MORDERSTWO W WERESZCZACH MAŁYCH Retrokryminał

Uznała, że dosyć użalania się nad sobą, melancholia doprowadzi ją do obłędu. Smutek zamienił się w gniew. W głowie kobiety narodził się niesamowity plan zemsty. Już ona mu pokaże...
TAJEMNICZE MORDERSTWO W WERESZCZACH MAŁYCH Retrokryminał
Autor: fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Morderstwo, które zostało popełnione w czerwcu 1926 roku w Wereszczach Małych pod Rejowcem, nie wydawało się skomplikowaną zagadką kryminalną. Motywem były najprawdopodobniej sąsiedzkie porachunki. Policja była pewna, że najdalej po kilku, góra kilkunastu dniach schwyta zabójcę i postawi go pod sąd. Śledztwo trwało jednak ponad trzy lata, Obfitowało w nieoczekiwane zwroty, ale nie doprowadziło do ustalenia sprawcy.

Gdzie on się podział?

Stanisław Michalak prowadził wraz z żoną gospodarstwo rolno-hodowlane. Mieli kawałek pola i kilka krów mlecznych, które stanowiły ich główne źródło utrzymania. Nie byli bogaczami, ale też nie groziła im nędza.

Wyprowadzaniem krów na pastwisko, oddalone o niecałe dwa kilometry od gospodarstwa, zajmowała się zwykle gospodyni. Tamtego czerwcowego dnia panował dokuczliwy upał, a ona nie czuła się dobrze, więc zastąpił ją mąż. Powiedział, że niebawem wróci, miał bowiem do wykonania jakąś pilną pracę na miejscu w gospodarstwie.

Długo jednak nie wracał. Żona początkowo przypuszczała, że spotkał kogoś i zagadał się z tą osobą. Ale czas mijał, a Michalaka jak nie było, tak nie było. Gospodyni coraz bardziej się niepokoiła – gdzie on się podział?

Zbliżał się wieczór; o tej porze krowy powinny już być w oborze. Michalakowa wyszła z domu i skierowała się w stronę pastwiska. Naraz zobaczyła w oddali swoje zwierzęta i idącego za nimi mężczyznę. Nareszcie – odetchnęła z ulgą. Już ona mu zmyje głowę za to spóźnienie.

Foto: Pixabay/pen_ash

Jednak mężczyzną, który prowadził krowy, nie był Stanisław Michalak, lecz Henryk Szymański, kuzyn ich sąsiadów Kowalczyków, zamieszkały na stałe w Lublinie. Przed kilkoma dniami przyjechał wraz z żoną w odwiedziny do krewnych. Wyjaśnił Michalakowej, że ich krowy włóczyły się po obcych łąkach bez dozoru. Postanowił więc zapędzić je do zagrody.

Na pytanie kobiety o jej męża, odparł, że nie widział go. Dowiedziawszy się, że Michalak nie wrócił z pastwiska, stwierdził, że trzeba zacząć go szukać.

Zwłoki z rozpłataną czaszką

W poszukiwaniach uczestniczyło kilkanaście miejscowych osób. Udali się do miejsca na pastwisku, gdzie Michalakowie zwykle wypasali krowy.

Nie szukali zbyt długo. Stanisław Michalak leżał w kałuży skrzepniętej krwi na dnie płytkiego parowu. Nie dawał oznak życia. Widok był makabryczny; mężczyzna miał roztrzaskaną czaszkę i szereg ran na ramionach i piersiach.

- Ratujmy go, może jeszcze żyje! - zawołała Michalakowa i przypadła do nieruchomego ciała męża. Próbowała go cucić, zanosząc się płaczem, powtarzała błagalnie, by się zbudził i poszedł z nią do domu. Niestety, Michalak nie mógł się obudzić, gdyż był martwy. Ludzie odciągnęli łkającą kobietę od zwłok.

- Nic się już nie da zrobić. Nie można niczego ruszać przed przybyciem policji – powiedzieli.

- Policji? A po co tu policja? - spytała Michalakowa. Szok i rozpacz nie pozwalały jej na wyciągnięcie wniosków, które dla innych były oczywiste.

Bo to nie był zwyczajny wypadek. Ktoś go zamordował – wyjaśniono jej.

Ekipa śledcza, która niebawem przyjechała do wsi, nie miała co do tego cienia wątpliwości. Wykluczono, że Michalak poślizgnął się lub potknął, wpadł do dołu i tak nieszczęśliwie uderzył głową w podłoże, że zmarł. W miejscu, gdzie leżał martwy mężczyzna, nie było żadnych elementów, które mogłyby spowodować tak makabryczne obrażenie, jak pęknięcie czaszki.

Sekcja zwłok wykazała, że Stanisław Michalak zginął na skutek ran, powstałych po kilku ciosach zadanych z ogromną siłą w głowę twardym tępym przedmiotem. Najprawdopodobniej sprawca zbrodni użył obucha siekiery. Lekarze, na podstawie pomiarów temperatury wybranych części ciała i innych czynników, stwierdzili, że mężczyzna został zamordowany mniej więcej 2-3 godziny przed odkryciem zbrodni.

Michalak raczej nie bronił się przed ciosami, które go zabiły. Nasuwało się przypuszczenie, że został zaskoczony przez mordercę i nie zdążył podjąć obrony.

Pani zabiła pana?

Policja prowadząca dochodzenie wykluczyła morderstwo rabunkowe. Michalakowa powiedziała, że mąż, idąc z krowami na pastwisko, nie zabrał pieniędzy ani niczego wartościowego. Zastrzegła jednak, że nie jest tego całkowicie pewna – może miał przy sobie coś, co skusiło sprawcę.

Policja uznała to za mało prawdopodobne. Po pierwsze, jeśli mężczyzna bez wiedzy żony wziął ze sobą jakieś pieniądze, to nie mogła to być kwota, dla której ktoś zdecydowałby się go zabić. Rabuś zmusiłby go do oddania pieniędzy, grożąc siekierą, może by go ogłuszył, ale nie masakrowałby mu czaszki.

Sposób, w jaki popełniono zbrodnię, wskazywał raczej na zemstę. Sprawca musiał czuć do Michalaka zapiekłą nienawiść, skoro tak bestialsko go potraktował. W związku z tym śledczy postanowili wziąć pod lupę pożycie małżeńskie Michalaków oraz ich relacje z mieszkańcami wsi. Nader często bowiem mordercy nie trzeba szukać zbyt daleko. Według policyjnych statystyk, w wielu przypadkach okazuje się nim ktoś z najbliższego kręgu ofiary – członek rodziny, przyjaciel, sąsiad.

Policja brała pod uwagę, że Michalakowa wcale nie czuła się krytycznego dnia tak źle, by nie móc wyprowadzić krów na pastwisko. Była jeszcze dość młodą, zdrową kobietą, a na pytanie, co jej wtedy dolegało, nie potrafiła udzielić jasnej odpowiedzi. A to mówiła, że bolał ją brzuch, to znów, że głowa, albo po prostu, że nie pamięta już, co jej było. Najwyraźniej się motała.

Kto wie, czy nie udała choroby po to, aby na pastwisko poszedł jej mąż. Co prawda, siła z jaką zadano mu śmiertelne ciosy, wskazywała bardziej na mężczyznę, ale przecież Michalakowa mogła być w zmowie z bezpośrednim sprawcą. Może miała kochanka i postanowiła pozbyć się męża, wysyłając go na śmierć?

Dochodzenie nie potwierdziło jednak tych podejrzeń. Michalakowie byli zgodnym małżeństwem, żyli ze sobą od lat, nikt nic nie wiedział, by żona zdradzała męża lub mąż żonę. Toteż szukano innych tropów. W kręgu potencjalnych podejrzanych znaleźli się niemal wszyscy dorośli mieszkańcy wsi.

Sąsiedzkie porachunki?

W latach 20. ubiegłego wieku w Wereszczach Małych znajdowało się zaledwie kilkanaście domów, zamieszkałych przez mniej niż 100 osób. Ustalenie, kto nie żył w zgodzie z Michalakami, nie zajęło policji dużo czasu.

Za najbardziej podejrzanego uznano Władysława Kowalczyka, jednego z ich najbliższych sąsiadów. Miał on zadawnioną złość do Michalaka. Przed laty starali się o względy pewnej dziewczyny. Panna jednego i drugiego potraktowała tak samo, zaręczając się i następnie wychodząc za mąż za innego mężczyznę, niemniej Kowalczyk oskarżał Michalaka, że go przed nią oczernił i z tego powodu dostał od niej kosza.

Niby błaha sprawa, która powinna dawno być zapomniana, ale zgody od tego czasu już między nimi nie było. Wina leżała po obu stronach. Na różne sposoby „umilali” sobie życie. Gdy Michalak widział, że sąsiad jedzie konnym wozem, sam także wyjeżdżał swoim, żeby nie mogli się minąć na wąskiej drodze. Kowalczyk za plecami Michalaka oskarżał go o kradzież zboża z jego stodoły. Końca swarów nie było widać. Co ciekawe, żony obu gospodarzy nie podzielały zapiekłej wrogości mężów.

Władysław Kowalczyk został aresztowany pod zarzutem zabójstwa, gdy policja dowiedziała się, że przebywający u niego w odwiedzinach kuzyn Henryk Szymański pędził z pastwiska krowy Michalaków niedługo przed tym, jak znaleziono zwłoki gospodarza. To nie mógł być zbieg okoliczności. Szymańskiego również zatrzymano jako podejrzanego o współudział w morderstwie. Obaj stanowczo zaprzeczyli zarzutom.

- Nie będę się zapierał, nie przepadałem za Stanisławem, tak samo, jak on za mną. Ale ludzie trochę przesadzają, nie było między nami nienawiści, po prostu nie lubiliśmy się. W gębę mógłbym mu dać, ale do zabójstwa nigdy bym się nie posunął – powiedział na przesłuchaniu Kowalczyk.

Szymański stwierdził, że ledwie znał sąsiada kuzynów. Nic do niego nie miał. Zaś fakt, że zaopiekował się pozostawionymi bez opieki krowami Michalaków, powinien świadczyć na jego korzyść, zamiast go obciążać.

Wkrótce oddalono od nich zarzuty. Wprawdzie nie mieli mocnego alibi na czas zabójstwa Stanisława Michalaka, ale sędzia śledczy uznał, że to jeszcze nie dowód ich winy.

Obciążający anonim

Po kilku miesiącach śledztwo zostało zawieszone z powodu niewykrycia sprawców. Czasem tak bywa – policja musi się pogodzić, że nie zawsze wygrywa starcie z przestępcami.

Minęło ponad 4 lata, o krwawej zbrodni w Wereszczach Małych już prawie nie pamiętano, gdy nieoczekiwanie sprawa odżyła. Pod koniec 1930 roku policja otrzymała anonimowy list, którego autorka – bo nie było wątpliwości, że napisała go kobieta – wskazywała sprawców zamordowania Stanisława Michalaka.

Utrzymywała, że mężczyznę zabili Władysław Kowalczyk i Henryk Szymański. „Widziałam ich obu, jak szli drogą z pastwiska. Kowalczyk trzymał siekierę ze śladami krwi. Wystraszona, ukryłam się za drzewem i dzięki temu nie zauważyli mnie” - pisała.

Na skutek tego oskarżenia Kowalczyk i Szymański ponownie trafili do aresztu, W dalszym ciągu twierdzili, że są niewinni, a ktoś z niewiadomych powodów chce ich posłać do więzienia za morderstwo, którego nie popełnili.

Trafili jednak przed sąd. Proces miał charakter poszlakowy. W trakcie rozprawy obrońca Henryka Szymańskiego złożył sensacyjne oświadczenie. Powiedział, że oskarżenie jego klienta było zemstą uknutą przez kobietę, która zakochała się w nim, a on odrzucił jej miłość. Może to z łatwością udowodnić.

Kopię anonimowego listu, który trafił do policji, pokazał Henrykowi Szymańskiemu, a ten rozpoznał pismo niejakiej Walerii Niwińskiej. Na stałe mieszkała ona w Warszawie, a do Wereszcz Małych przyjeżdżała co roku na letnisko.

Szymański poznał ją przed dwoma laty, gdy spędzał urlop u krewnych. Wpadł jej w oko, przy każdej okazji mówiła mu, że jest gotowa nawiązać z nim romans. Szymański miał jednak żonę i nie interesowały go inne kobiety. Uprzejmie dawał jej to do zrozumienia, ale ona nie rezygnowała. Była coraz bardziej natrętna.

W ostatnim roku wysyłała mu listy, w których prosiła go o spotkanie. A ponieważ nie reagował, przyjechała do Lublina i przyszła do niego do mieszkania pod nieobecność jego żony. Tego było mu już za wiele. Kazał jej wyjść, nigdy więcej nie przychodzić i nie narzucać mu się w żadnej formie. Niwińska wyszła bez słowa, ale wyraz jej oczu nie wróżył nic dobrego.

Adwokat miał też inny dowód na to, że oskarżenie jest kłamliwe. Dowiedział się mianowicie, że Walerii Niwińskiej w dniu, kiedy rzekomo widziała na drodze Kowalczyka i Szymańskiego, nie było w Wereszczach Małych. Przebywała wówczas w Warszawie. Na letnisko przyjechała dopiero w lipcu.

Wobec oświadczenia obrony sąd odroczył rozprawę. Kilka tygodni później wezwana do złożenia zeznań Waleria Niwińska przyznała się, że pogrążyła Szymańskiego z zemsty za odrzucenie jej miłości. Chciała, żeby cierpiał, tak jak ona cierpiała. Wiedziała o niewyjaśnionym morderstwie i postanowiła obciążyć mężczyznę kłamliwym listem.

Sąd uniewinnił oskarżonych. Pytanie, kto zamordował Stanisława Michalaka, pozostało bez odpowiedzi.

Zmieniono personalia


Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
kerr 29.06.2022 06:14
Bardzo fajny pomysł z tymi retro kryminałami :)

ReklamaBaner reklamowy 51. Chmielaków Krasnostawskich
Reklama
Reklama
Reklama