Najbliższe miejsce schronienia? Jego własna przychodnia
Sprawa zrobiła się jeszcze bardziej zaskakująca, gdy lekarz zaczął szukać miejsca, do którego mógłby skierować pacjentów.
Sprawdził rządową mapę „Gdzie się ukryć?”. Okazało się, że najbliższe wskazane miejsce znajduje się... w jednej z dwóch poradni, w których sam pracuje.
Po dodatkowej weryfikacji w Państwowej Straży Pożarnej potwierdził, że placówka została wskazana jako miejsce schronienia dla mieszkańców okolicy.
To rodzi następne pytania: kto w czasie alarmu ma przyjmować ludzi szukających tam ochrony? Gdzie ich kierować? Jak pogodzić to z pracą poradni i opieką nad znajdującymi się już w środku pacjentami?
Lekarz zapytał NFZ: przerywać wizyty czy nie?
Dr Zieliński zwrócił się o instrukcje do instytucji państwowych. Chciał przede wszystkim prostej odpowiedzi: czy po ogłoszeniu alarmu przychodnia ma dalej udzielać świadczeń, czy może je przerwać i zająć się bezpieczeństwem ludzi?
– Prosiliśmy też o pilne spotkanie, bo eskalacja sytuacji następuje i nie powinniśmy czekać, aż wydarzy się coś złego – mówi.
Odpowiedź nie przyszła od razu. Dopiero po publicznym nagłośnieniu problemu odbyło się spotkanie z wojewodą lubelskim i szefem lubelskiego NFZ.
Lekarz usłyszał wówczas ważną deklarację: przerwanie pracy z powodu alarmu nie powinno powodować konsekwencji dla placówki. Dr Zieliński chce jednak otrzymać takie stanowisko na piśmie.
Medonet również zapytał lubelski oddział NFZ o procedury obowiązujące POZ podczas alarmu. Fundusz wskazał, że kwestie bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego należą do kompetencji wojewody i Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego.
Czego lekarze potrzebują przed następnym alarmem
Problem nie wymaga wielostronicowej instrukcji. Potrzebna jest procedura, którą personel będzie mógł uruchomić natychmiast po usłyszeniu syreny.
Lekarz musi wiedzieć, czy przerywa wizytę, gdzie kieruje pacjentów, które pomieszczenie w budynku jest najbezpieczniejsze, kto odpowiada za osoby mające problemy z poruszaniem się i kiedy można wrócić do normalnej pracy.
Dziś część tych decyzji lekarze podejmuje samodzielnie.
– Płacimy podatki po to, żeby instytucje państwowe przewidywały takie sytuacje i pomagały nam się do nich przygotować – mówi dr Zieliński.
Bo kiedy ponownie zawyją syreny, w przychodni nie będzie czasu na telefony do urzędów i zastanawianie się nad procedurą. Pacjenci spojrzą na lekarza i zapytają: co robimy?
I właśnie na to pytanie odpowiedź powinna być znana, zanim pojawi się kolejny alarm. Dodajmy od razu, że ten problem dotyczy tysięcy samodzielnych praktyk lekarskich, gabinetów stomatologicznych oraz poradni specjalistycznych w całym kraju.



Napisz komentarz
Komentarze