Podporucznik Edward Taraszkiewicz „Żelazny” został otoczony w gospodarstwie rodziny Kaszczuków. Zdołał wraz z trzema towarzyszami broni rozerwać pierwszy pierścień obławy, a następnie podstępem przejąć wojskowy samochód. Kilkaset metrów dalej kierowca skierował jednak pojazd wprost na stanowiska KBW. Padły strzały. „Żelazny” został trafiony w pierś i zginął na miejscu.
Dziś, 75 lat po tamtych wydarzeniach, zachowane dokumenty, relacje i zeznania pozwalają odtworzyć dramatyczny przebieg ostatnich godzin życia Edwarda Taraszkiewicza.
Z Hamborna do włodawskich lasów
Edward Taraszkiewicz, choć w dokumentach pojawia się również jako Edmund, urodził się 22 stycznia 1921 roku w Hamborn w Nadrenii Północnej-Westfalii. Jego rodzice byli polskimi emigrantami.
W 1925 roku rodzina wróciła do Polski i osiadła we Włodawie. Edward zdobył wykształcenie w szkole handlowej w Chełmie. Jego plany przerwała jednak wojna. Cały okres okupacji spędził na robotach przymusowych w Niemczech.
Do rodzinnych stron powrócił w lipcu 1945 roku. Nie zastał jednak domu, który zapamiętał sprzed wojny.
Rodzice oraz młodsza siostra zostali aresztowani przez NKWD i UB, a następnie wywiezieni do obozu pracy. Młodszy brat Edwarda, Leon Taraszkiewicz „Jastrząb”, zdołał uciec z transportu więziennego. Wkrótce stanął na czele oddziału partyzanckiego WiN działającego na Lubelszczyźnie. Edward postanowił do niego dołączyć,
Przyjął pseudonim „Grot”, a później „Żelazny”, i został zastępcą dowódcy oddziału.
„Wytrwać do końca”
Taraszkiewiczowie szybko stali się jednymi z najbardziej poszukiwanych ludzi przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa.
Jedną z najbardziej spektakularnych akcji przeprowadzili 22 października 1946 roku. Oddział opanował Włodawę i zaatakował siedzibę Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Z więzienia uwolniono około 80 osób.
Kilka miesięcy później losy oddziału dramatycznie się zmieniły. W nocy z 2 na 3 stycznia 1947 roku Leon Taraszkiewicz „Jastrząb” został śmiertelnie ranny pod Siemieniem. Dowództwo przejął Edward.
Nie skorzystał z ogłoszonej przez władze komunistyczne amnestii. W wydanym rozkazie specjalnym zapisał:
„Nasze niezłomne hasło dalej brzmi: WYTRWAĆ DO KOŃCA”.
Przez następne cztery lata „Żelazny” wymykał się obławom, pacyfikacjom i rozbudowanej sieci agenturalnej UB.
Jego oddział był coraz mniejszy. Zamiast dużej grupy partyzanckiej działały kilkuosobowe patrole. Nadal jednak przeprowadzano akcje przeciwko funkcjonariuszom i współpracownikom aparatu bezpieczeństwa, zdobywano broń i pieniądze potrzebne do przetrwania.
Czytaj też:
Czekając na III wojnę światową
Życie partyzantów nie ograniczało się do ukrywania w leśnych bunkrach. W latach 1950-1951 „Żelazny” i jego ludzie słuchali audycji radiowych z Londynu, Waszyngtonu i Paryża. Interesowali się sytuacją międzynarodową, a szczególnie wojną w Korei.
Wierzyli, że konflikt może przerodzić się w kolejną wojnę światową, która doprowadzi do konfrontacji Zachodu z ZSRS i stworzy szansę na odzyskanie przez Polskę niepodległości.
Przygotowywali się nawet na taki scenariusz. Wykonano około dwóch tysięcy blankietów legitymacji „Polskiej Organizacji Podziemnej WiN”. Obok orła w koronie widniał anglojęzyczny napis „The Polish Underground Army”. Dokumenty miały być wykorzystane przez przyszłych ochotników.
Dla komunistycznego aparatu bezpieczeństwa działalność „Żelaznego” stawała się coraz większym problemem. Przełom nastąpił w 1951 roku. 29 maja podczas jednego z rajdów samochodowych oddziału „Żelaznego” zginęli między innymi przewodniczący komisji budowlanej Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie Ludwik Czugała oraz kilku agentów UB.
Do Włodawy skierowano specjalną Grupę Operacyjną. Jej zadaniem było odnalezienie i likwidacja „Żelaznego” oraz jego ludzi. Tym razem UB miało więcej szczęścia.
W wyniku działań operacyjnych funkcjonariusze trafili na ślad łączniczki Reginy Ozgi „Lilki”. Kluczowe znaczenie miał również zaszyfrowany list znaleziony przy poległym we wrześniu partyzancie Karolu Mielniczuku „Wacku”. Adresatem był Stanisław Kaszczuk ze Zbereża. Dla UB był to trop, na który czekano od dawna.
Świt 6 października. Sześciuset przeciwko czterem
Noc z 5 na 6 października 1951 roku czterech partyzantów spędziło w gospodarstwie rodziny Kaszczuków w Zbereżu.
Byli to: ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, Stanisław Torbicz „Kazik”, Józef Domański „Łukasz” i Stanisław Marciniak „Niewinny”.

O godzinie 5.15 rano wieś została otoczona. W obławie uczestniczyły dwa bataliony I i III Brygady KBW oraz funkcjonariusze WUBP w Lublinie i PUBP we Włodawie. Łącznie około 600 uzbrojonych ludzi.
Partyzanci szybko zorientowali się, że są otoczeni.

Zauważyli ruch wokół stodoły, w której spali. Założyli mundury Wojska Polskiego, zabrali automaty, pistolety i granaty. Ich plan był prosty: przebić się przez pierścień obławy i zniknąć w lesie.



Napisz komentarz
Komentarze