Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama

Historia zapisana cierpieniem

Na spotkanie z mieszkańcami dawnego województwa wołyńskiego, którzy przeżyli rzeź wołyńską, przyszła do Chełmskiej Biblioteki Publicznej liczna grupa chełmian. Ze świadkami tych zdarzeń, zaproszonych przez Młodych Patriotów Chełm, rozmawiał Krzysztof Krzywiński, prezes Stowarzyszenia Kresy - Pamięć i Przyszłość.

Kule go nie dosięgły...

Stanisław Bzymek mieszkał w powiecie Kostopol. W 1939 r. rozpoczął naukę w I klasie.

- Polacy i Ukraińcy żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni, jak prawdziwi sąsiedzi. Zapraszaliśmy się nawet na swoje święta. Ale gdy przyszła wojna, coś się nagle zmieniło i rozpoczęły się masowe mordy. 29 marca 1943 roku o 4 rano oddział UPA napadł na naszą wioskę. Mieszkało w niej 2 tysiące Polaków. 400 banderowców zaatakowało w dwóch grupach, od północy i od południa. Zabili dwie rodziny. Ludzie zaczęli uciekać, domy stanęły w płomieniach - opowiada.

Pan Stanisław uciekał z rodzicami i dwójką rodzeństwa. W pewnym momencie został sam. Chował się w lesie. Kilka razy uniknął śmierci, kiedy do niego strzelano. Wreszcie trafił na kilkusetosobową grupę Polaków. Zaopiekował się nim znajomy jego rodziny.

Ze łzami w oczach wspominał o tym, jak w drodze do Cumania spotkali się z gościnnością swoich rodaków, częstujących ich tym, co mieli. Po około trzech miesiącach pana Stanisława odnalazł ojciec i zabrał do reszty rodzeństwa, które przebywało w Równem. Wtedy dowiedział się, że jego mama została zabita.

- Chciałem odwiedzić miejsce jej pochówku. Zobaczyć zbiorową mogiłę mieszkańców trzech wiosek - wspominał podczas spotkania. - Pomagał mi zaprzyjaźniony Ukrainiec, ale nie udało nam się nic znaleźć, nawet drobnego śladu, że mieszkali tam Polacy...

 

Kościół w ogniu

Teodora Zgliniecka mieszkała w powiecie horochowskim. Jej najboleśniejsze wspomnienie, z 11 lipca 1943 roku, zostało opisane w książce Włodzimierza Dębskiego pt. "Było sobie miasteczko".

- Razem z ojcem i dziadkami pojechaliśmy na mszę do Kisielina - mówiła. - Nagle banderowcy okrążyli kościół, zrobiło się zamieszanie, ludzie rzucili się do ucieczki. Ojciec, ze mną na rękach, spojrzał przez okno. Wtedy padł strzał i tata leżał w kałuży krwi. Mnie ktoś wziął na ręce i zaniósł na górę kościoła. Tam spotkałam babcię - opowiada pani Teodora. - Wszystko w okolicy się paliło. Do budynku, w którym się ukryliśmy, wlatywały granaty. Odrzucaliśmy je, zanim zdążyły wybuchnąć. Niektórzy z atakujących podstawiali też drabiny, więc zrzucaliśmy cegły, modląc się, żeby to się już skończyło.  

Dopiero nad ranem grupa ocalałych zaczęła opuszczać schronienie. Do tej pory pani Teodora nie wie, w jakich okolicznościach w kościele zginął jej dziadek. Na tym jednak ataki się nie skończyły. Kiedy jej babcia została zamordowana, uciekała z matką. Pomoc znalazły w Kowlu.

- Do dziś pamiętam smak chleba, który dostałyśmy w Polskim Czerwonym Krzyżu. Stamtąd uciekłyśmy ukryte w pociągu przez kolejarzy. Wciąż trudno pogodzić mi się z tym, że spokojne życie mojej rodziny i moje dzieciństwo zostało tak stracone.

 

Nie znali litości

W czasie wojny i ataków banderowców pani Kazimiera Prończuk miała kilkanaście lat. Opowiadała jak wioska, w której mieszkała z mamą i bratem, w środku nocy stanęła nagle w ogniu. Całej trójce udało się uciec, ale po powrocie zastali jedynie zgliszcza i śmierć.

- Na ziemi leżały porąbane ciała, ludzie ukrywali się, gdzie mogli, żeby nie zostać zabitymi. Spotkałam męża mojej chrzestnej, który szedł z córką na rękach. Jej ciało było zmasakrowane. Wiele osób żyło, choć byli w krytycznym stanie. W studni znaleźliśmy pięcioosobową rodzinę. Udało się nam ich wydostać, ale niestety, jedna z dziewczynek była już martwa. Udusiła się.

O przejawach nienawiści, które nasiliły się po wkroczeniu Sowietów, opowiedział również Zygmunt Kwiatkowski. W 1944 r. razem z ojcem uciekał z ogarniętego ogniem gospodarstwa. Słyszeli krzyki ludzi oraz odgłosy wydawane przez płonące zwierzęta. Uzbrojeni Ukraińcy zaatakowali ich w okolicy Kamelówki.

- Chcieliśmy uciekać konno, ale nas otoczyli i związali ojca drutem kolczastym. Ja schowałem się w pobliskim mieszkaniu pod łóżkiem. Gospodarz ukrył mnie przed ludźmi, którzy mnie ścigali. Powiedział, że mnie tam nie ma. Potem uciekałem sam, bo mój ojciec zginął. Kilka lat temu pewien Ukrainiec pokazał mi miejsce, w którym go zastrzelono.

 

Ocalona od śmierci

Napaści na Polaków miały miejsce także w powiecie włodzimierskim, gdzie mieszkała Helena Zacharczuk. Opowiadała o tworzeniu się polskiej samoobrony, rzezi wołyńskiej oraz o swoich tragicznych przeżyciach z lutego 1944 r.

- Na nasz dom, w którym mieszkałam z mamą i rodzeństwem, najechali bandy UPA. Próbowaliśmy uciec, ale nas otoczyli. Błagania nic nie dały. Mama poprosiła nas tylko, żebyśmy się przeżegnali i już nie żyła. Ja, brat i siostra byliśmy ciężko ranni. Siostra niestety zmarła. Ja zostałam trafiona w płuco i w nogę. Do szpitala w szkole zabrali nas ludzie, którzy ocaleli. Leżąc tam, prosiłam Boga nie o życie, ale o śmierć. Z całej mojej rodziny zginęło 7 osób...

Kiedy Niemcy zaczęli bombardować szpital, pani Helena w nim została, jej stan zdrowia jeszcze bardziej się pogorszył. Zabrał ją stamtąd ojciec, ratując ją przed śmiercią. To, że udało się jej wyzdrowieć - jak mówiła - było prawdziwym cudem.

 

Trudne przebaczenie

Czy tę straszną zbrodnię można przebaczyć? - zastanawiali się zaproszeni na spotkanie goście.

- Jak patrzyłem na śmierć ojca, obiecałem sobie, że nigdy nie przebaczę - mówił Zygmunt Kwiatkowski. - Ale jak dorosłem, uświadomiłem sobie, że jeśli tego nie zrobię, to czy mogę modlić się słowami: "Odpuść nam, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Trzeba mieć ducha i serce, żeby trzymać się tych słów.

Nie wszyscy z przybyłych mieszkańców dawnego województwa wołyńskiego byli pewni, czy znajdą w sobie odwagę, aby całkowicie przebaczyć. Zgodnie podkreślili jednak, że nie można zapomnieć o tym, co działo się na tamtych terenach w czasach wojny, aby te wydarzenia nigdy więcej się nie powtórzyły...


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

B. 17.07.2017 20:18
Ukraińcy zabili moich pradziadkòw:(

Reklama
PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama baner reklamowy
Reklama Drosed
Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: Mieszkaniec Treść komentarza: Dla Lata z radiem warto znieść te niedogodności. Klimatyczna impreza. Data dodania komentarza: 12.07.2026, 08:12 Źródło komentarza: Chełm. Uwaga kierowcy! Zmiana organizacji ruchu przed koncertem „Lato z Radiem i Telewizją Polską” Autor komentarza: AGENT Treść komentarza: ALE NAJWAZIEJSZE ZE POLACY TO DUMNY ZKREDYTOWANY NAROD W EUROPEJSKI KRAJU JAKIM JEST POLSKA.SPRZEDAJE NIERUCHOMOSCI TO WIEM .KREDYTY NA LAT 30 500 TYS POZYCZKI ODDAJE 1 MILION JAK DOZYJE ,TO JAK MAJA ODPOCZYWAC NA WAKACJACH ,A JESZCZE BYM BYL ZAPOMNIAL NA FEJSBUKU TSZEBA SIE POKAZAC BO DZIECI W KLASIE BEDA WYSMIEWANE. GRATULACJE. Data dodania komentarza: 11.07.2026, 22:59 Źródło komentarza: Polacy nie potrafią odpoczywać Autor komentarza: Anna Treść komentarza: Życzę Szymkowi i jego rodzicom, by ta niewyobrażalnie wielką kwota została zebrana jak najszybciej. Już kilku chłopcom się udało. Mam nadzieję, że Szymek będzie następny. Wyrazy uznania dla Panów Krzysztofa i Marcina. Data dodania komentarza: 11.07.2026, 11:38 Źródło komentarza: Chełmskie Morsy wspierają Szymona Zelenta Autor komentarza: m Treść komentarza: Tak sobie ten styropian leżał na elewacji, aż się sam zapalił. Ciekawa teoria. Data dodania komentarza: 10.07.2026, 16:46 Źródło komentarza: Pożar w Szkole Podstawowej nr 8 w Chełmie. Konieczna była ewakuacja [ZDJĘCIA] Autor komentarza: m Treść komentarza: Budynek jak widać na zdjęciu jest w stanie opłakanym. Za te pieniądze 9,25 tysiąca za metr kwadratowy lepiej było go rozwalić i postawić nowy. Wkładać górę pieniędzy w taką ruinę to poroniony pomysł. Jeden na Lubelskiej nadal straszy. Data dodania komentarza: 10.07.2026, 16:44 Źródło komentarza: Co dalej z ruderą przy Szkolnej? Miasto planuje remont za prawie 4 mln zł
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama