Marcin Petruk: W połowie lipca światło dzienne ujrzała kolejna Pani powieść, a zarazem druga z nowego cyklu. Jaką historię znajdziemy w "Słuchu"?
Magdalena Stachula: Tak, "Słuch" to drugi po "Wzroku" thriller o zwodniczych zmysłach. Akcja powieści dzieje się w Krakowie, ale taż w Gorcach i Tatrach Wysokich, a na początku na kładce widokowej, najdłużej w Europie, zostaje znalezione ciało kobiety. Śledztwo rozpoczyna znana ze "Wzroku" komisarz Julia Kosela z Komendy Miejskiej Policji w Krakowie, a do mundurowych zgłasza się matka, która nie może skontaktować się z córką. Zaginiona dziewczyna to Sonia, utalentowana pianistka, która ma słuch absolutny, a ponadto jest synestetyczką, co powoduje, że ma sprzężenie i współodczuwanie zmysłów. To rzadkie schorzenie, dla niektórych dar, dla innych przekleństwo, które posiada zaledwie ułamek ludzi na świecie, a rekordzista czuł jednocześnie wszystkie zmysły. Śledztwo w powieści szybko nabiera tempa, zwłaszcza, kiedy okazuje się, że po słowackiej stronie gór zostaje znalezione ciało kolejnej młodej dziewczyny. Kto jest winny tych zbrodni? Tego dowiecie się Państwo, sięgając po książkę.
MP: W tym roku mija 10 lat Pani pracy twórczej. Jak wspomina Pani tę dekadę, i którą ze swoich powieści uważa Pani za "punkt zwrotny"?
MS: Dekadę temu zadebiutowałam "Idealną", stawiając na gatunek domestic noir, który dopiero się w Polsce rodził, a który obejmuje thrillery psychologiczne, w których akcja dzieje się "za zamkniętymi drzwiami". I myślę, że to właśnie ta książka otworzyła mi drogę do literackiego świata, ponieważ w dużym stopniu wprowadziła właśnie domestic noir do naszego kraju. Bardzo dużym sentymentem darzę także "Loft", która w tym roku została wydana po francusku. Sama "Idealna" z kolei została przetłumaczona na czeski, a w powieści jest ważny motyw w Pradze, później doczekała się także przekładów na włoski oraz ukraiński. Tworząc historie przelewane na papier odwiedzam wcześniej miejsca, o których piszę, żeby ten "research" zaowocował jak najwierniejszym oddaniem tła akcji i pozwolił czytelnikom znaleźć się tam, gdzie bohaterowie.
MP: Przekłady książek to jedno, ale warto też zaznaczyć, że jedna z Pani powieście, a dokładnie "Nieobliczalna", doczekała się także przeniesienia na kinowy ekran.
MS: Zgadza się, i muszę przyznać, że to fantastyczne uczucie, kiedy ogląda się stworzoną przez siebie historię i bohaterów w wizji reżysera, i kiedy opisy stają się rzeczywiste. W międzyczasie prawa do ekranizacji "Idealnej" kilkukrotnie zostały sprzedane, ale finalnie wróciły do mnie, ponieważ pojawiały się trudności podczas produkcji. Jest to w pełni zrozumiałe, ponieważ thrillery psychologiczne są trudne do adaptacji, głównie dlatego, że wiele dzieje się w głowach postaci, a w filmie duże znaczenie ma to, co widzimy. Wracając do "Nieobliczalnej", to bardzo mile wspominam to, że mogłam też być częścią tego przedsięwzięcia, poznać aktorów i patrzeć, jak powstaje scenariusz. Książka, a tym samym film, porusza trudne kwestie przemocy w polskich rodzinach, ale cieszę się, że zostały one przedstawione szerokiej publiczności, bo mają miejsce w prawdziwym świecie. Nie jest to obraz, który ogląda się przy popcornie, tylko taki, który pozostaje w głowie na dłużej i sprawia, że zastanawiamy się nad złem tkwiącym w niektórych ludziach i nad tym, czym można je powstrzymać.
MP: Jak, z perspektywy czasu, Pani sama postrzega swój progres i zmiany w pracy twórczej?
MS: Jest to proces, który cały czas trwa i obecnie mam zupełnie inny sposób pisania, niż na początku. Kiedy powstawała "Idealna" zadawał sobie pytania, czy ktoś zechce ją przeczytać, a tym bardziej wydać. Pisałam ją "na pełen etat" po około 7 godzin dziennie przez trzy miesiące. Teraz tworzenie idzie mi szybciej, dużo łatwiej jest mi konstruować fabułkę i bohaterów. Większość minionej dekady mojej działalności autorskiej było skupione wokół domestic noir, obecnie natomiast postawiłam na "zwodnicze zmysły", a dokładnie na thrillery immersyjne, ponieważ czuję, że w ich kierunku powinnam podążać. Wpadłam na ten pomysł, obserwując, że lubimy chociażby wystawy sztuki, które powodują immersję, i które powodują, że chcemy "wczuć się" w świat widziany na obrazie, "czuć go" i doświadczać wszystkimi zmysłami. W "Słuchu" chciałam pokazać, że tytułowy bodziec potrafi zwieść, bo nie zawsze to co słyszymy jest prawdziwe. Patrząc wstecz na swoją twórczość, muszę też przyznać, chociaż może to zabrzmieć przerażająco, że pisałam często o tym, jak trudno jest zaufać ludziom, jak osoba, z którą żyjemy, przyjaźnimy się czy dzielimy sypialnię, nagle może okazać się najgorszym wrogiem. Obecnie "zwodnicze zmysły" pokazują, że niekiedy nie możemy ufać samym sobie. W ostatniej dekadzie, coraz większą popularnością cieszą się audiobooki, co mnie cieszy, bo kiedy zaczynałam, nie były tak rozpowszechnione. A dzięki nim mogę docierać do większej liczby czytelników, ponieważ nie każdy preferuje wydania papierowe.
MS: Jaką radę dałaby Pani osobie, która chciałaby zacząć przygodę pisarką? I - gdyby miała Pani taką możliwość - jaką radę dałaby sobie samej będącą na początku kariery twórczej?
MS: Takich rad przychodzi mi do głowy wiele, ale za najważniejszą uważam w tym momencie wytrwałość w podążaniu za marzeniami i niepoddawanie się. Nie jest łatwo zadebiutować teraz, nie było to też łatwe 10 lat temu. Kiedy zaczynałam wiedziałam jednak, że ma do opowiedzenia ciekawe historie i chciałam związać swoje życie z pisarstwem. Było to na urlopie macierzyńskim, kiedy nie chciałam już wracać do pracy i zaczęłam pisać "Idealną". Pisałam wytrwale dzień po dniu, ale jednocześnie bardzo dużo czytałam, żeby doskonalić swój warsztat, czerpiąc inspiracje m.in. z dzieł Stephena Kinga czy Pierre'a Lemaitre. Każdy twórca spotykał się z odmowami ze strony wydawnictw, ale trzeba być zdeterminowanym i upartym w dążeniu do celu. Naszym debiutem wcale nie musi być książka, którą napisaliśmy jako pierwszą - jeżeli coś pójdzie nie tak, pracujmy dalej, wierząc, że właśnie tą drogą chcemy iść.



Napisz komentarz
Komentarze