Z raju na kwarantannę

  • 23.03.2020, 09:08 (aktualizacja 28.03.2020, 09:37)
  • (apm)
Z raju na kwarantannę
Michał z Chełma, wraz ze swoją dziewczyną, polecieli na Wyspy Kanaryjskie. W La Palma na przepięknych plażach z piasku wulkanicznego mieli spędzić cudowne chwile. Niestety, plany pokrzyżował im koronawirus. Cudem, po wielu przejściach, w ostatniej chwili udało im się wrócić do domu. Teraz muszą przez 14 dni siedzieć zamknięci w mieszkaniu. Zostali objęci obowiązkową kwarantanną.

10 marca dotarli na La Palmę, najbardziej stromą na świecie i jedną z najmniej turystycznych wysp kanaryjskich. Okazało się, że to prawdziwy raj. Urzekły ich przepiękne krajobrazy tej "zielonej krainy" z plażami z czarnym piaskiem, niesamowitą przyrodą i cudownymi zachodami słońca, które zamierzali uwieczniać na zdjęciach.

Był to jednak wyjazd nie tylko turystyczny. - Nasz przyjaciel pracuje tu od trzech lat w hotelu. Postanowiliśmy go więc w końcu odwiedzić – mówi Michał. – Wynajęliśmy mieszkanie i cieszyliśmy się, że mamy okazję być w tak cudownym miejscu.

Nagle czar prysł...

W środę poszli do włoskiej pizzerii. Właściciel powiedział im, że będzie musiał knajpę zamknąć, bo na wyspie pojawił się koronawirus.

- Podobno zarażona była jakaś Włoszka z miejscowości obok – opowiada Michał. – By wirus się nie rozprzestrzeniał, pozamykano wszystkie lokale, plaże, promenadę. Nie mogliśmy wychodzić z mieszkania na spacery. Tylko do sklepu i apteki. Nie więc było sensu tam siedzieć w zamknięciu. Postanowiliśmy, że wracamy do domu.

Ich przyjaciel najpierw był zamknięty w hotelu. Potem, gdy hotel zawiesił działalność, firma zabrała go do Polski, wraz z innymi zatrudnionymi tu Polakami. Michał z dziewczyną zostali. Zaczęli w internecie śledzić loty, żeby zabukować bilety. Okazało się jednak, że mogli o tym tylko pomarzyć. Znikały w oka mgnieniu. Na dodatek w sobotę okazało się, że Polska zamyka granice.

- Zapisaliśmy się na "lot do domu" od razu, jak dowiedzieliśmy się, że jest taka możliwość. Weszliśmy na stronę internetową i wysłaliśmy formularze zgłoszeniowe – mówi Michał. - Najpierw dostaliśmy maila, że możemy polecieć z Malagi, ale tam musimy dostać się sami. Nie mieliśmy jak. Bilet kosztowałby nas ok. 4 tys. zł, a poza tym nie dotarlibyśmy na czas odlotu samolotu do Polski.

Zaczęli gorączkowo szukać sposobu na powrót do domu.

- Chcieliśmy, jak inni, dostać się do Berlina, a stamtąd do domu, ale okazało się, że nie ma już tam lotów, a bilety poznikały wcześniej. Niemcy, których tu jest bardzo dużo, powykupywali wszystko. Zapisy były dopiero na kwiecień. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że wydostanie się z tej cudownej wyspy jest bardzo trudne... - dodaje Michał.

 

Musi być jakiś sposób!

Na wyspie robiło się coraz bardziej nieciekawie. Piękna jak zawsze, ale także i w raju wprowadzono różne ograniczenia. Pustki na ulicach. Za wyjście bez uzasadnionej potrzeby groził mandat 500 euro, do sklepu można było wchodzić tylko w pojedynkę, nie można było przekraczać wyznaczonych linii, na zewnątrz stały kolejki z zachowaniem dwumetrowych odstępów. Po ulicach jeździł samochód, a z megafonu słychać było w czterech językach: hiszpańskim, niemieckim, angielskim i francuskim, ostrzeżenia, żeby nie wychodzić z domów.

- Zaczęliśmy szukać różnych kombinacji powrotu. Nagle zobaczyłem na stronie LOT-u, że jest połączenie do Polski z Teneryfy, wyspy niedaleko naszej, do której samolotem mogliśmy dolecieć w 30 minut. Ale wolnych lotów nie było. Jak więc się tam dostać? Wymyśliliśmy, że popłyniemy tam promem. A stamtąd mieliśmy w czwartek o 23.50 samolot do Polski.

 

Wirusa się nie baliśmy...

...ale nie podejrzewaliśmy, że to wszystko tak się potoczy – dodaje Michał. – Że Polska tak szybko zamknie granice, bez wcześniejszego ostrzeżenia. Tuż przed wejściem na prom dowiedzieliśmy się, że Hiszpania też już zaczyna odwoływać loty, więc uciekaliśmy w ostatniej chwili...

O godzinie 3 w czwartek pojechali na prom. Tam parę godzin czekali. Płynęli trzy godziny.

- A z nami wielu Niemów, którzy nie przestrzegają żadnych zasad. Pomimo tego, że miejsca na promie były wyznaczone tak, żeby koło siebie nie siadać, stłoczyli się podczas wychodzenia w jednej sali, żeby czym prędzej zejść z promu.

O 9.30 byli już na Teneryfie. Mieli sporo czasu do odlotu, więc nie za bardzo mieli co ze sobą zrobić. - Stwierdziliśmy, że nie idziemy od razu na lotnisko, bo samolot mieliśmy dopiero o 23.50, a widzieliśmy, co się tam działo dzień wcześniej. Uznaliśmy, że to by było niezbyt mądre z naszej strony, więc poszliśmy na promenadę do sklepu, żeby sobie kupić coś do picia, posiedzieć i poczekać. Od razu jakiś Brytyjczyk powiedział nam, że nie możemy tu być, bo dostaniemy mandaty. Bardzo szybko podjechało do nas czterech policjantów na skuterach. Nie byli mili, musieliśmy pokazać im bilety. Zakazali nam tu przebywać. Powiedzieli, że albo jedziemy na lotnisko, albo na przystań.

 

Wyganiani i straszeni

Wybrali więc mniejsze zło. Poszli tam, gdzie mniej ludzi – na przystań.

- Siedzieliśmy na ławeczkach w cieniu i czekaliśmy. Już po chwili poszedł do nas policjant i powiedział, że zabierze nas na komisariat. Kazał nam zrobić między sobą dwa metry odstępu. Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież razem śpimy i jemy. Powiedział, że jego to nie obchodzi, że tu jest Hiszpania, że bardzo źle się dzieje i mamy się dostosować. Kazał nam jechać na lotnisko. Stwierdziliśmy więc, że idziemy na przystanek. Siedzieliśmy tam 6 godzin. Bez ubikacji, bo wszystko było pozamykane.

Koło 17 pojechali na lotnisko. Po odprawie zobaczyli, że ich samolot ma 40 minut opóźnienia, mimo że leciał pusty, aby zabrać Polaków...

 

Z samolotu na kwarantannę

- Dostaliśmy się w końcu do samolotu. Cały wyładowany Polakami – opowiada Michał. - Stewardesy chodziły w kombinezonach, stewardzi nie. Wszyscy z obsługi mieli za to rękawiczki i maseczki.

Wylądowali w Polsce punktualnie. - W samolocie pojawił się mężczyzna z kobietą. Wyglądali na ratowników medycznych. Nie mieli kombinezonów. Jedynie maski i rękawiczki. Kobieta zbierała od nas kartki z danymi, na których zapisywała naszą temperaturę. Pan natomiast nam ją mierzył. Był jeden termometr na cały samolot... Przebadano połowę samolotu i zamiast tę grupę już wypuścić na zewnątrz, czekała stłoczona, aż druga połowa zostanie sprawdzona. Po godzinie wypuszczano nas z samolotu, po 50 osób do autobusu. Oczywiście jedna po drugiej. Potem pojechaliśmy do hali przylotów.

Tam drzwi otworzył im żołnierz...

- Wyszliśmy i, o dziwo, nie zauważyłem, by ktoś pilnował bezpiecznych odstępów, mimo że słychać było na ten temat komunikaty. Poczekaliśmy trochę stłoczeni na sali odpraw. Przy okienku musieliśmy podać jeszcze raz adres, gdzie będziemy przebywać na kwarantannie. Dostaliśmy kartkę z informacją, jak mamy się zachowywać podczas kwarantanny i z ostrzeżeniem, że jeśli się nie dostosujemy do tego, to dostaniemy 5 tys. zł mandatu (teraz już 30 tys. zł).

Potem wszyscy, którzy przylecieli, rozeszli się. Trzeba było teraz jakoś wrócić do domu. Niektórzy pojechali miejskimi autobusami, inni kolejką do miasta czy na pociąg, ktoś auto wypożyczył...

- Zaraz o powrocie wykąpaliśmy się w morzu alkoholu, żeby zdezynfekować siebie i nasze wszystkie rzeczy. Potem długi sen. I 14 dni kwarantanny...

(apm)

Podziel się:



Pozostałe