Chełm: Ratował ludziom życie, jego nikt nie ocalił

  • 11.06.2018, 08:34 (aktualizacja 18.06.2018 13:11)
  • AN
Chełm: Ratował ludziom życie, jego nikt nie ocalił
- Nasz tata był honorowym dawcą krwi, ratował życie innym ludziom, a jego medycy zostawili bez pomocy. Dali mu umrzeć. I to nas boli - mówią dzieci pana Andrzeja. - Mamy tylko nadzieję, że nie cierpiał i nie miał świadomości, że odchodzi - dodają. Rodzina obwinia załogę karetki, która - choć przyjechała do pacjenta dwa razy - nie udzieliła mu właściwej pomocy. Sprawą już zajęła się prokuratura.

Dramat rodziny wydarzył się w ubiegłą niedzielę wieczorem. - Tato pomagał cioci w remoncie mieszkania. Zeszło mu do późna, więc czekał na brata, który miał go odwieźć do domu. Ten się spóźniał i ciocia zaproponowała, żeby przenocował u niej. Pościeliła mu na podłodze - relacjonuje pan Adrian, syn zmarłego. - W pewnym momencie tato bardzo źle się poczuł. Mówił, że coś mu strzeliło w głowie, po czym pojawił się potworny ból. Ciocia dała mu tabletkę przeciwbólową, ale to nie pomagało.

 

Błagała, żeby zabrać go do szpitala

Jak wynika z relacji rodziny, po chwili pan Andrzej zaczął dziwnie mówić, jakoś bardzo powoli. Ciotka zadzwoniła po pogotowie. Było około północy.

- Ciocia powiedziała dyspozytorowi, że tata ma prawdopodobnie wylew. Zmierzyła mu ciśnienie. Miał 231 na 130. Gdy przyjechało pogotowie, ratownicy stwierdzili, że to nadciśnienie. Przeprowadzili wywiad medyczny. Wiem, że uskarżał się na straszny ból głowy. Dali mu zastrzyk i tabletkę pod język. Kazali położyć go na bok i uprzedzili, że podane leki są moczopędne. Następnie odjechali bez taty. Jednak on czuł się coraz gorzej, jego mowa była bełkotliwa. Ciocia wybiegła na ulicę, aby zawrócić karetkę, jednak byli już za daleko. Ponownie zadzwoniła na numer alarmowy - relacjonuje pani Sylwia.

Tymczasem pan Andrzej charczał i tracił przytomność. Gdy przyjechali medycy, leżał na łóżku, jak twierdzi córka pana Andrzeja, nie było z nim kontaktu. Bezwiednie oddał mocz.

- Gdy ratownicy przyjechali po raz drugi i zobaczyli, że tato leży, charczy i oddał mocz, stwierdzili, że to padaczka alkoholowa. Uznali, że tata jest pijany, ponieważ "czuć było od niego alkoholem i się zsikał". Rzeczywiście, po pracy tato otworzył sobie piwo, ale nawet go nie dopił, bo źle się poczuł. Myślę, że ratownicy widząc niedopitą butelkę, jakieś posłanie na podłodze i bałagan w domu uznali, że to jakaś melina, a nasz tato to alkoholik. Nie pomogły zapewnienia cioci, że nie chorował nigdy na padaczkę oraz błagania, żeby zabrali go do szpitala. Ratownicy podali mu zastrzyk z relanium i odjechali - opowiada pan Adrian.

Załoga pogotowia nie zostawiła rodzinie żadnej dokumentacji. Gdy właścicielka mieszkania obudziła się rano, pan Andrzej już nie żył.

 

Pomagał innym, sam nie doczekał się pomocy

- Ciocia, która nie ma wykształcenia medycznego, od razu rozpoznała wylew, tata czuł się przy ratownikach coraz gorzej, zaczęło go wykrzywiać, nie mógł nic mówić ani się poruszać, a pomimo to oni nie udzieli mu pomocy. To rażące zaniedbanie obowiązków. Jak można zostawić umierającego człowieka dwa razy? Na jakiej podstawie najpierw stwierdzono nadciśnienie, później padaczkę? Nie zabrano go przecież do szpitala i nie wykonano żadnych badań - mówi zrozpaczony syn pana Andrzeja. - Czy na pewno składali przysięgę Hipokratesa? Dlaczego przez ich lenistwo mój tata musiał umrzeć?

Rano kobieta ponownie wezwała pogotowie, dyspozytor przekazał jej instrukcję reanimacji i wysłał karetkę. Lekarz stwierdził zgon.

- Po wezwaniu policji przyjechał biegły sądowy, który uznał "zgon z przyczyn niewyjaśnionych". Biegły nie stwierdził zawartości alkoholu u taty, tak jak to twierdzili ratownicy medyczni, którzy zostawili go na pewną śmierć - relacjonuje mężczyzna. - Mama zażądała sekcji zwłok. Sprawą zajęła się prokuratura.

Dzieci twierdzą, że doszło do zaniedbań, w wyniku których umarł ich 52-letni tata. Nie chodzi im o to, aby ratownicy, którzy nieudolnie, ich zdaniem, udzielali mu pomocy, poszli do więzienia, ale żeby dalej nie pracowali w tym zawodzie, aby nie skrzywdzili innej rodziny.

- Nie zwróci to życia tacie, ale może zapobiec śmierci innych, którzy będą w podobnej sytuacji - tłumaczą.

O swoim ojcu mówią w samych superlatywach. Całe życie ciężko pracował i zawsze znalazł czas, aby pomagać innym. Był świetnym fachowcem budowlanym.

- Od lat był honorowym dawcą krwi. Miał rzadką grupę, więc często dzwonili ze szpitala, żeby oddał krew, bo jej brakuje. Ratował ludziom życie, jego życia nikt nie uratował - mówi pani Sylwia.

Sprawą zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Chełmie. Nie wiemy, czy ratownicy medyczni, którzy tej nocy pełnili dyżur, w związku z toczącym się postępowaniem zostali zawieszeni czy nadal pracują.

- W związku z tym zdarzeniem prowadzone jest wewnętrzne postępowanie - informuje Anetta Szepel, pielęgniarka koordynująca Dział Pomocy Doraźnej ze Stacji Ratownictwa Medycznego w Chełmie.

 

AN
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (4)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu _______. _________ z siedzibą w ________ jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
ddd
ddd 16.06.2018, 08:32
jaki zwiazek z sytuacja ma szpital??? nie widze zadnego
Mimi
Mimi 12.06.2018, 17:27
To jest jakiś dramat co się dzieje w chełmskim szpitalu. Ile razy była telewizja i wraz nic nie zrobili. Strach chorować. Ostatnio byłam na SOR-rze i nie mogłam uwierzyć co tam się wyprawia !!!
db
db 11.06.2018, 22:00
Prawdziwa ironia losu. Człowiek, który był Honorowym Dawcą Krwi i który wielokrotnie ludzkie życie ...sam nie mógł liczyć nawet na podstawową pomoc. Bardzo dobrze, że rodzina nie odpuszcza, tacy "ratownicy" powinni dostać dożywotni zakaz pracy we wszelkich zawodach związanych z medycyną i ratowaniem życia. Skoro nie umieją rozpoznać wylewu, (co w dzisiejszych czasach nawet kilkuletnie dziecko potrafi), to niech idą na targ sprzedawać ziemniaki, albo zamiatać chodniki.
M
M 11.06.2018, 14:24
Coz dodac...szpital wChelmie to dramat...Kiedy to sie skonczy?

Pozostałe